Mapa trasy
Mapa przedstawia trasę, którą przebyliśmy podczas wyprawy. Czarnym kolorem zaznaczone są odcinki przejechane rowerami, a czerwonym pociągami. Obok mapy jest lista państw przez które jechaliśmy wraz z dystansami (rower / pociąg).
Polska20 km / 280 km
Słowacja76 km / 203 km
Austria702 km
Włochy302 km
Szwajcaria190 km
Liechtenstein17 km
Niemcy501 km
Czechy94 km / 450 km
Wstęp
Wyprawa rozpoczęła się 28 lipca 2007 roku i trwałą 17 dni. W tym czasie pokonaliśmy rowerami 1900 km podróżując przez 8 krajów (Polska, Słowacja, Austria, Włochy, Szwajcaria, Liechtenstein, Niemcy i Czechy).
W pierwszych 2 dniach pogoda dopisywała, było słonecznie i ciepło, jednak później słońce zaczęło się przeplatać z deszczem, a pod koniec wyprawy lało już całymi dniami. Kiedy padało było brzydko i przygnębiająco, więc nie robiliśmy zdjęć stąd taka mała ich ilość ze Szwajcarii, Niemiec i Czech.
Bez awarii sprzętu również się nie obyło. Najpierw na zjeździe z Passo Giovo przetarła mi się obręcz w tylnym kole i byłem zmuszony zakupić nowe koło. Kolejną awarią było popękanie szprych w kole Michała niedaleko Monachium. Obie kosztowały nas trochę czasu i pieniędzy, ale nie zniechęciły nas do kontynuacji wyprawy.
To co zrobiło na nas wielkie wrażenie to jakość i wszędobylskość pięknych dróg i szlaków rowerowych szczególnie w Austrii i Włoszech. Szkoda, że wcześniej nie zaopatrzyliśmy się w dokładne mapy rowerowe. Poruszanie się rowerem w Wiedniu jest czystą przyjemnością. Jedyną trudnością z którą borykaliśmy się każdego wieczoru było znalezienie dobrego miejsca pod namiot. Może się to wydawać dziwne, ale naprawdę nie jest to łatwe. W krajach alpejskich każdy skrawek płaskiego terenu jest wykorzystany, a biwakowanie na dziko jest zabronione więc musieliśmy szukać takich miejsc, gdzie było w miarę płasko i jednocześnie gdzieś na uboczu z dala od ludzkich spojżeń, aby nie narażać się na ryzyko zapłacenia mandatu. Kilka razy spaliśmy bez namiotu np. w stodole w Austrii, na placu zabaw we Włoszech lub na dworcu kolejowym w Monachium.
Ciekawy jest klimat w Alpach. W Austrii, czy Szwajcarii jest dość chłodno i mokro, wszędzie są łąki z pasącymi się krowami, a stoki gór porastają zielone lasy. Natomiast kilkadziesiąt kilometrów dalej, za Włoską granicą jest już gorąco, zamiast łąk wszędzie rosną sady z jabłkami, a nad sadami cały czas pracują zraszacze, które nieraz podlewają również biednych rowerzystów, gdy droga rowerowa prowadzi akurat przez środek jabłoniowego lasu.
Bardzo przyjemnie jeździło się dolinami, jednak pojechaliśmy w Alpy aby również zdobyć kilka słynnych podjazdów. Najwyższą przełęczą, na którą wjechaliśmy i która najbardziej dała nam się we znaki była Passo dello Stelvio (2758 m n.p.m.) we Włoszech, droga z góry wygląda kosmicznie i aż trudno uwierzyć, że opłacało się ją wybudować. Zdobyliśmy również przy okazji Edelweißpitze (2578 m n.p.m.) w Austriackich Wysokich Taurach, gdy przejeżdżaliśmy wysokogórską drogą widokową Großglockner-Hochalpenstraße wraz z przełęczą Hochtor (2505 m n.p.m.). Oprócz tego zaliczyliśmy również kilka mniejszych podjazdów powyżej 2000 m n.p.m.
To co zobaczyliśmy na długo zostanie w naszej pamięci. Z czystym sumieniem mogę polecić Alpy każdemu rowerzyście, który pragnie przeżyć wspaniałą przygodę i nie boi się zmierzyć z trudnościami jakie czekają na trasie.
Dzień 1 (28 lipca 2007)
Dystans: 104/114 km
/
/ 
Trasa: Zwardoń - Skalité - Svrčinovec - Čadca - Krásno nad Kysucou - Kysucký Lieskovec - Kysucké Nové Mesto - Žilina; Bratislava - Wolfsthal - Hainburg a.d.Donau - Bad Deutsch-Altenburg - "Nationalpark Donau-Auen"
Relacja: Z samego rana zaczęły się problemy. Pociąg, którym miałem dojechać do Katowic spóźnił się 15 min, a w Katowicach miałem się przesiąść na inny, do Zwardonia, na szczęście tamten też był spóźniony (może czekał?) i udało się. W Zwardoniu odwiedziliśmy kantor, po czym przekroczyliśmy rowerami granicę i pojechaliśmy do Žiliny, skąd kolejnym pociągiem do Bratysławy. W stolicy Słowacji byliśmy około godziny 17, więc zdążyliśmy trochę pojeździć po okolicy i pozwiedzać. Wieczorem przekroczyliśmy granicę z Austrią i piękną ścieżką rowerową dojechaliśmy do Parku Narodowego Donau-Auen, gdzie na polanie za krzakami rozbiliśmy obozowisko. Pierwsze wrażenia z Austrii bardzo pozytywne. Piękne i dobrze oznaczone drogi rowerowe od razu nam się spodobały. Dystans łamany (Patryk/Michał), bo mieszkamy w różnych odległościach od stacji PKP.
Dzień 2 (29 lipca 2007)
Dystans: 119 km 
Trasa: "Nationalpark Donau-Auen" - Wien - Perchtpldsdorf - Brunn am Gebirge - Mödling - Gumpoldskirchen - Pfaffstätten - Baden - Bad Vöslau - Gainfarn - Großau - Pottenstein - Grabenweg
Relacja: W nocy widać było błyski na niebie, jednak burza przeszła bokiem i nie padało. Pobudka o 6:00, szybkie pakowanie i śniadanie na ławce przy szlaku rowerowym. Potem pojechaliśmy dalej w kierunku Wiednia słynną Donauradweg czyli naddunajskim szlakiem rowerowym. Około 10:00 byliśmy już w Wiedniu. Wykąpaliśmy się pod przydrożnym kranem i pojechaliśmy zwiedzać miasto. Po stolicy Austrii rowerem jeździ się bardzo wygodnie. Dużo dróg rowerowych, wszystkie zaprojektowane z głową, a nie jak to bywa w Polsce. Stare miasto bardzo piękne, porobiliśmy trochę zdjęć i ok 15:00 wyruszyliśmy na podbój Alp. Tego dnia zdążyliśmy dojechać do miejscowości Grabenweg, w okolicy której znaleźliśmy dziwny budynek, jakby zamknięta restauracja albo coś w tym stylu. Okna były pootwierane, kwiaty na zewnątrz zadbane, ale właściciela nie było. Miejsce było dobre - kran na zewnątrz, ławki ze stolikami, rozbiliśmy więc namiot między drzewami w ogródku, zjedliśmy chińskie zupki i poszliśmy spać.
Dzień 3 (30 lipca 2007)
Dystans: 104 km 
Trasa: Grabenweg - Tennebauer - Pernitz - Gutenstein - Mariahilfberg - Rohr im Gebirge - Nöster - Ochssattel - Sankt Aegyd am Neuwalde - Kernhof - Krumbachsattel - Terz - Gstettenhof - Mariazell - Gußwerk - Greith
Relacja: Całą noc i jeszcze rano padał deszcz więc na trasę wyruszyliśmy dopiero około południa, ale i tak zmokliśmy po kilku kilometrach znowu się rozpadało na chwilę. Potem trochę się rozpogodziło, ale zrobiło się też bardzo zimno, musieliśmy się grubo poubierać w kurtki i rękawiczki. Wieczorem rozbiliśmy namiot w malowniczo położonej miejscowości o nazwie Greith. Mimo iż w okolicy było sporo domów miejscowość wyglądała jak wymarła, nikt nie chodził, nikt nie jeździł, chyba wszyscy mieszkańcy chodzą tam spać, kiedy słońce znika za górami (około 18:00). Z polany na której spaliśmy roztaczał się piękny widok na skalne zbocza gór i łąki z pasącymi się końmi.
Dzień 4 (31 lipca 2007)
Dystans: 143 km 
Trasa: Greith - Weichselboden - Gschöder - Wildalpen - Palfau - Gams bei Hieflau - Lainbach - Hieflau - Gstatterboden - Krumau - Admont - Ardning - Liezen - Weißenbach bei Liezen - Wörschach - Stainach - Irdning - Zeisenberg - Niederöblarn - Öblarn
Relacja: W nocy było bardzo zimno, zresztą spodziewaliśmy się tego, dlatego spaliśmy poubierani jak eskimosi. Dopiero rano, gdy słońce wyłoniło się zza horyzontu odważyliśmy się wyjść z namiotu. Powoli się zebraliśmy i około godz. 8:00 byliśmy gotowi do dalszej jazdy. Pokonaliśmy kilka niedużych przełęczy po około 800-900 m n.p.m. Mimo iż wysokość podjazdów nie była oszałamiająca trochę się zmęczyliśmy. Krajobraz jak na razie przypomina Tatry. Wieczorem rozbiliśmy namiot na środku czyjegoś pola bo nie mogliśmy znaleźć lepszego miejsca.
Dzień 5 (1 sierpnia 2007)
Dystans: 134 km 
Trasa: Öblarn - Stein an der Enns - Pruggen - Aich - Weißenbach an der Enns - Rössing - Ramsau am Dachstein - Schildlehen - Hachau - Filzmoos - Reitsteg - Schattbach - Hüttau - Bischofshofen - Mitterberghütten - Sankt Johann im Pongau - Schwarzach im Pongau - Lend - Hundsdorf - Texenbach - Gries - Hundsdorf - Bruck an der Großglocknerstraße
Relacja: Im głębiej zapuszczamy się w Alpy tym góry wyższe. Tego dnia pierwszy raz zobaczyliśmy śnieg na zboczach mijanych trzytysięczników. Krajobraz z Tatrzańskiego przeobraża się w Alpejski. Podjazdy męczą coraz bardziej, ale i tak najwyższe podjazdy jeszcze przed nami. Zmęczenie po długim podjeździe wynagradzają piękne widoki i zjazd po drugiej stronie. Bez problemu na większości zjazdów można się rozpędzić do 60-70 km/h, jednak staramy się nie szaleć zbytnio, bo zaliczenie gleby przy takiej prędkości nie byłoby raczej przyjemne. Tego wieczoru nie rozbijaliśmy namiotu, trafiła nam się dość przytulna stodoła z dużą ilością słomy. Przez szczeliny w ścianach stodoły widać dolinę rzeki Fuscher Ache i ośnieżony szczyt Hoher Tenn.
Dzień 6 (2 sierpnia 2007)
Dystans: 133 km 
Trasa: Bruck an der Großglocknerstraße - Fuschan der Großglocknerstraße - Ferleiten - Edelweißspitze - Fuscher Törl - Hochtor - Roßbach - Heiliegenblut - Pockhorn - Aichhorn - Putschall - Großkirchheim - Mörtschach - Stadl - Winklern - Rangersdorf - Winklern - Iselsberg-Stronach - Lienz - Oberlienz - Lienz
Relacja: W stodole spało się całkiem przyjemnie. Pobudka standardowo o 6:00, potem nad rzekę nieco się umyć i do sklepu po śniadanie. Na dzisiaj przypadł przejazd słynną drogą widokową Großglockner-Hochalpenstraße. Po drodze zaliczyliśmy Edelweißpitze (2571 m n.p.m.) i przełęcz Hochtor (2504 m. n.p.m.). Podjazd długi i męczący. Obciążeni sakwami jechaliśmy pod górę kilka godzin, ale opłacało się, widoki piękne i satysfakcja ogromna. Tego dnia planowaliśmy nie spać na dziko aby się wreszcie porządnie wykąpać i podładować baterie w telefonach, niestety ceny noclegów powodowały ból głowy i gdyby nie to, że zbliżała się burza zrezygnowalibyśmy z luksusów. 28 Euro za jedną noc i jakieś kiepskie śniadanie to rozbój w biały dzień. Był to nasz pierwszy i ostatni płatny nocleg.
Dzień 7 (3 sierpnia 2007)
Dystans: 124 km
/ 
Trasa: Lienz - Leisach - Thal - Mittewald a.d.Drau - Abfaltersbach - Strassen - Heinfels - Silian - Arnbach - Prato alla Drava - San Candido - Dobbiaco - Villabassa - Monguelfo - Valdaora - Perca - Brunico - San Lorenzo - Chienes - Vandoies - Rio di Pusteria - Fortezza - Mezzaselva
Relacja: Po nocy spędzonej w ciepłym i wygodnym lóżku wyruszyliśmy dalej w kierunku "słonecznej" Italii. Niestety całe rano lał deszcz i jechało się źle. Granicę Austriacko-Włoską pokonaliśmy jadąc drogą rowerową, przy której nawet nikt nie raczył ustawić tabliczki z informacją, że wjeżdża się do innego kraju. Co dziwne mniej więcej w tym czasie kiedy przekraczaliśmy granicę zaczęło się rozpogadzać i do wieczora nie spadła już ani kropla deszczu. Kolejnym ciekawym zjawiskiem jakie zastaliśmy we Włoszech to to, że większość ludzi mówi tam po niemiecku, nawet znaki drogowe i nazwy miejscowości są pisane w dwóch językach. Namiot rozbiliśmy na łące kilkadziesiąt metrów od autostrady, ale szum samochodów wcale nam nie przeszkadzał.
Dzień 8 (4 sierpnia 2007)
Dystans: 113 km 
Trasa: Mezzaselva - Sacco - Mauls - Campo di Trens - Vipiteno - Calice - Passo di Giovo - Valtina - S. Leonardo i.P. - Riffiano - Merano - Legundo - Parcines - Naturno - Castelbello - Laces
Relacja: Noc minęłą bardzo spokojnie, szum samochodów szybko nas uśpił. Rano nie było nawet rosy więc szybko się spakowaliśmy i pojechaliśmy zdobywać koleją przełęcz, tym razem była to Passo di Giovo (2094 m n.p.m.). Na zjeździe zauważyłem, że czuć lekkie bicie podczas hamowania w tylnym kole. Na dole okazało się, że obręcz jest przetarta i pęka. Nie ucieszyła mnie ta wiadomość, można było jednak jeszcze jechać więc pojechaliśmy do najbliższego miasta. Niestety, mimo iż miasteczko spore nie udało się znaleźć serwisu. Pojechaliśmy więc dalej licząc, że w najbliższym czasie coś po drodze znajdziemy. Do końca dnia serwisu jednak nie znaleźliśmy. Namiot rozbiliśmy w krzakach nad rzeką.
Dzień 9 (5 sierpnia 2007)
Dystans: 29 km 
Trasa: Laces - Silandro - Laces - Silandro
Relacja: Rano kilka minut po wyjechaniu na trasę ukazał się naszym oczom dość spory budynek z napisem "Bike Eldorado" niestety była niedziele i sklep był zamknięty, pojechaliśmy więc dalej. Po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów okazało się, że dziura w obręczy powiększa się. Przed nami była przełęcz Passo dello Stelvio (2758 m n.p.m.), najwyższa na jaką mieliśmy zamiar wjeżdżać więc nie było sensu pchać się na nią z uszkodzonym kołem. Postanowiliśmy więc wykorzystać ten dzień na wykąpanie się, wypranie ubrań i odpoczęcie. Pogoda była ładna, wszystko wskazywało na to, że nie będzie w nocy padać, więc nie rozbijaliśmy namiotu. Gdy wszyscy ludzie sobie poszli rozłożyliśmy się na ławkach w parku przy drodze rowerowej.
Dzień 10 (6 sierpnia 2007)
Dystans: 92 km
/ 
Trasa: Silandro - Laces - Silandro - Corzes - Lasa - Oris - Spondigna - Prato a Stelvio - Schmelz - Gomagoi - Trafoi - Passo dello Stelvio - Umbrailpass - Santa Maria - Valchava - Fuldera
Relacja: Noc jedna z gorszych. Ławki okazały się za wąskie i nie wygodne. Michał w środku nocy 2 razy się przenosił, a ja rozłożyłem się na stole i jakoś dospaliśmy do rana. Pobudka o 6:00, około 7:00 byliśmy już pod marketem, musieliśmy poczekać bo otwierali dopiero o 7:30. Szybkie śniadanie i pod sklep rowerowy, który był od 8:30. Wymiana samej obręczy okazałą się nieopłacalna, a nowe koło 74 Euro + wymiana 10 Euro (niestety nie mieliśmy klucza do kasety). Ceny kosmiczne, ale wyjścia nie było. Po naprawie wyruszyliśmy w kierunku Passo dello Stelvio. Około południa byliśmy u podnóżu podjazdu. W górę jechaliśmy chyba z pół dnia. Droga na przełęcz wygląda jak wstążka zgięta w 48 miejscach. Widok z przełęczy na drogę po prostu niesamowity. Na górze zrobiliśmy kilka fotek i zjechaliśmy na stronę Szwajcarską. Szwajcaria zaskoczyła nas raczej negatywnie. Kraj niby taki bogaty, a już na zjeździe z Passo dello Stelvio pojawiły się szutrowe fragmenty drogi. Na dole zaniedbane miejscowości, odrapane kamienice i pełno upierdliwych much wchodzących do uszu i nosa. Zobaczymy co będzie dalej. Z rozbiciem namiotu nie było przynajmniej problemu, ładna łąka nad rzeczką aż się prosiła abyśmy rozbili na niej namiot.
Dzień 11 (7 sierpnia 2007)
Dystans: 122 km 
Trasa: Fuldera - Tschierv - Ofenpass - Punt la Drossa - Zerenz - Susch - Flüeelapass - Tschuggen - Dörfji - Davos - Wolfgangpass - Laret - Klosters - Klosters Dorf - Mezzasalva - Küblis - Jenaz - Schiers - Grüsch - Landquart - Maienfeld
Relacja: Rano długo nie mogliśmy wziąć się w garść i wyjść z namiotu. Gdy już się jakoś pozbieraliśmy pojechaliśmy na zakupy do sklepu. Na szczęście można było płacić europejską walutą, bo we franki się wcześniej nie zaopatrzyliśmy. Zaliczyliśmy tego dnia 2 większe przełęcze: Ofnpass (2149 m n.p.m.) i Flüelapass (2383 m n.p.m.). Niestety na drugim podjeździe zaczął lać deszcz i z krótkimi przerwami lał do wieczora. Chcieliśmy zrobić kolejne zakupy, jednak tutaj już Euro nie tolerowali i musieliśmy zaopatrzyć się we Franki. Mieliśmy też problem ze znalezieniem miejsca na nocleg, na szczęście po dość długich poszukiwaniach znaleźliśmy pewnego rodzaju zajazd przy szlaku rowerowym, gdzie lała się woda pitna, były ławki ze stolikiem i domek na drewno w którym na noc zamknęliśmy rowery. Sami spaliśmy w namiocie. Miejscówka nie była jednak doskonała, obok była łąka i pasło się na niej stado krów z przywiązanymi do szyj dzwonkami o przeraźliwym dźwięku. Można było ogłupieć od tego zgiełku.
Dzień 12 (8 sierpnia 2007)
Dystans: 140 km
/
/ 
Trasa: Maienfeld - Bad Ragaz - Sargans - Trübbach - Gretschins - Sevelen - Vaduz - Schaan - Werdenberg - Haag - Salez - Sennwald - Lienz - Rüthi - Oberriet - Montingen - Kriessern - Widnau - Lustenau - Höchst - Hard - Bregenz - Lochau - Lindau - Oberreitnau - Weißernsberg - Sigmarszell - Wigratz - Hergatz - Eglofs - Gründels - Isny - Großholzleute
Relacja: Rano kiedy jeszcze leżeliśmy w namiocie przyjechał jakiś Szwajcar samochodem. Byliśmy pewni, że nas wygoni uzasadniając, że nie można tu nocować. Obszedł jednak okolicę dookoła i odjechał. Słyszeliśmy, że Szwajcarzy do przesady lubią porządek i potrafią dzwonić na policję z byle powodu, woleliśmy nie ryzykować i szybko się spakowaliśmy, zjedliśmy śniadanie i odjechaliśmy. Mandat ze Szwajcarii nie był by miłą pamiątką. Pogoda nie była najlepsza. Szlakiem wzdłuż Renu pojechaliśmy do Liechtensteinu. Dziwne to państewko. Nie zastaliśmy tam zbyt wiele atrakcji. Przejechaliśmy przez Vaduz, Schaan i wróciliśmy na szlak rowerowy po Szwajcarskiej stronie Renu. Następnie wschodnim brzegiem Jeziora Bodeńskiego dojechaliśmy przez Austrię do Niemieckiego Lindau. Tego dnia 4 razy przekraczaliśmy granicę (Szwajcaria-Liechtenstein, Liechtenstein-Szwajcaria, Szwajcaria-Austria, Austria-Niemcy). W Niemczech wydawało nam się, że nie będzie problemy z rozbiciem namiotu, okazało się jednak, że po ostatnich deszczach ziemia tak nasiąkła wodą, że chodząc po niej woda wysączała się niczym z gąbki. Zanim znaleźliśmy jakiś w miarę suchy kawałek łąki było już ciemno.
Dzień 13 (9 sierpnia 2007)
Dystans: 183 km 
Trasa: Großholzleute - Weitnau - Buchenberg - Kempten - Wildpoldsried - Unterthingau - Marktoberdorf - Ob - Ingenried - Altenstadt - Schonagau - Peiting - Hohenpeißenberg - Peißenberg - Weilheim i.OB - Wielenbach - Wilzhofen - Diemendorf - Tutzing - Feldafing - Pöcking - Starnberg - Gauting - Kralling - Planegg - Gräfelfing - München-Pasing
Relacja: Oczywiście w nocy i rano padało. Namiot znowu pakowaliśmy mokry i zaczynał już powoli śmierdzieć stęchlizną. Śniadanie zjedliśmy na zadaszonym przystanku i pojechaliśmy w kierunku Monachium. Sporą część trasy przejechaliśmy szlakami rowerowymi, które nie zawsze były w dobrym stanie i to chyba spowodowało, że kilkanaście kilometrów przed Monachium pękła szprycha w tylnym kole Michała. Pech chciał, że pękła od strony kasety i bez jej odkręcenia nie było możliwości wymiany. Bez jednej szprychy można jechać, więc wsiedliśmy na rowery i po chwili poszła druga zaraz obok. W takiej sytuacji nie było już sensu jechać dalej bo pękła by trzecia i czwarta i nawet prowadzić rower by się nie dało. Poszliśmy więc pieszo do Monachium (17 km). Po północy byliśmy na dworcu kolejowym w dzielnicy Pasing. Niestety nie było żadnych interesujących nas połączeń kolejowych, więc ciepło się ubraliśmy i poszliśmy spać na siedząco.
Dzień 14 (10 sierpnia 2007)
Dystans: 115 km 
Trasa: München-Pasing - München - Unterföhring - Garching - Deiterscheim - Achering - Freising - Langenbach - Moosburg - Eching - Landshut - Dingolfing
Relacja: Nie wyspaliśmy się za bardzo, zresztą nic w tym dziwnego. Rano poszliśmy pieszo w kierunku centrum Monachium (jakieś kilkanaście kilometrów) i po drodze nie znaleźliśmy żadnego sklepu rowerowego. Z głównego dworca kolejowego w Monachium również nie jeździły żadne odpowiadające nam pociągi. Trzeba więc było znaleźć ten sklep rowerowy i naprawić usterkę. Jakiś przypadkowy rowerzysta wytłumaczył nam gdzie znaleźć serwis. Wymiana szprych i centrowanie: 2 godz czekania i 20 Euro. W tym momencie uświadomiliśmy sobie jakim błędem było nie zabranie klucza do kaset z Polski, moglibyśmy wiele zaoszczędzić. Gdy koło było w serwisie zjedliśmy śniadanie i przebraliśmy się. Po usunięciu usterki przejechaliśmy przez stare miasto i dalej na północny wschód w kierunku Czech. W pewnym momencie ukazało się naszym oczom ogromne pole konopii indyjskich ogrodzone wysoką siatką. Za odpowiednią opłatą można było wejść na teren pola. Ponoć był tam wycięty jakiś labirynt. W Landshut skończyła nam się mapa i zaczęły się problemy z nawigacją. Pozostała nam jedynie poglądowa mapa w skali 1:4 000 000, na której całe Niemcy mieściły się na kartce A4. Wyczailiśmy jakiś szlak rowerowy wzdłuż Isaru, który płynął w dobrym kierunku. Tym szlakiem przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów po czy rozbiliśmy namiot nad brzegiem rzeki.
Dzień 15 (11 sierpnia 2007)
Dystans: 148 km
/ 
Trasa: Dingolfing - Lindau - Straubing - Viechtach - Kötzing - Furth im Wald - Česká Kubice
Relacja: Rano zrobiliśmy sobie śniadanie z puszki na ciepło i pojechaliśmy dalej wzdłuż rzeki. Wkrótce jednak zgubiliśmy szlak i dojechaliśmy do Straubing. Stamtąd kierując się intuicją cały czas jechaliśmy na północny wschód, jednak niebo było całkowicie zachmurzone i trudno było określić gdzie ten północny wschód jest. Nadrabialiśmy więc mnóstwo kilometrów, ale powoli zbliżaliśmy się do czeskiej granicy. W Furth im Wald przy czeskiej granicy był jakiś festyn, miasto wyglądało jak Las Vegas, wszystko się świeciło, było pełno ludzi i wszędzie biegały konie. Późno wieczorem byliśmy już w Czechach. Padał deszcz więc rozłożyliśmy karimaty i śpowory na zadaszonym przystanku i tam spaliśmy.
Dzień 16 (12 sierpnia 2007)
Dystans: 92 km
/ 
Trasa: Česká Kubice - Draženov - Staňkov - Holýšov - Stod - Plzeň; Praha; Český Těšín - Cieszyn
Relacja: Jak tylko zrobiło się jasno pojechaliśmy w kierunku Pilzna, jechaliśmy o głodzie bo nie mieliśmy koron czeskich, dopiero w Pilznie udało nam się zamienić waluty. Ciekawie wygląda główny dworzec kolejowy w tym mieście, do złudzenia przypomina meczet. Oczywiście połączenia kolejowe w Czechach okazały się kompletną porażką. Pojechaliśmy pociągiem do Pragi, gdzie pojeździliśmy po mieście, zjedliśmy pizzę i wypiliśmy piwo. Kolejnym pociągiem pojechaliśmy do Prerova, gdzie mieliśmy 6 min na przesiadkę. Udało się. Jednak czekała nas jeszcze jedna przesiadka w Ostrwie, na którą mieliśmy 4 minuty. Wiedzieliśmy, że czeka nas trudny manewr, więc posegregowaliśmy bagaże tak, aby zabrać się ze wszystkim na raz. Musieliśmy w ciągu tych 4 min odebrać rowery z wagonu bagażowego, dowiedzieć się z którego peronu odjeżdża pociąg osobowy do Czeskiego Cieszyna i dostać się na ten peron. Mieliśmy ogromne szczęście, bo pociąg już odjeżdżał, kiedy konduktor nas zauważył zatrzymał pociąg i pozwolił jeszcze wsiąść. W Czeskim Cieszynie wystraszył nas celnik, który po zapytaniu czy możemy przekroczyć granicę powiedział, że zaraz wypisze nam mandaty za jazdę pod prąd i bez świateł. Udało nam się jednak go uprosić. Z Cieszyna pierwszy pociąg na Katowice odjeżdżał dopiero o 6:17 więc czekała nas kolejna noc na dworcowych ławkach. Ciepło się ubraliśmy, rozłożyliśmy karimaty i spaliśmy. Trochę dziwnie się na nas patrzyli ludzie, którzy przyszli rano na dworzec.
Dzień 17 (13 sierpnia 2007)
Dystans: 6/? km 
Trasa: Ze stacji kolejowych do domów.
Relacja: Rano kupiliśmy bilety. Potem podjechał pociąg, w którym spaliśmy dalej. W Katowicach przesiadka. Ja pojechałem do domu do Dąbrowy Górniczej, a Michał do Częstochowy, do rodziców.
