pomoc | kontakt | współpraca

Co tutaj można przeczytać?

UWAGA! Materiały z wyprawy na Bałkany nie są jeszcze pełne. Zapraszam niebawem.

Naciskany przez sponsora spłodziłem w końcu tekst podsumowujący moją podróż. Okazało się, że tekst jest za długi, więc wyprodukowałem drugi, ekstremalnie krótki. Po tym, okazało się jednak, że materiał jest na tyle ciekawy - opinia niezależnego redaktora, że szkoda go drukować w skróconej wersji. Ale skoro już powstał to nie będę go trzyma w szufladzie. Oczywiście w trakcie przepisywania jest również pełna relacja "dzień po dniu", ale na nią trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać.

Skrót ekstremalny

Drapieżna ekologia znów pokazała pazur. Relacja w telegraficznym skrócie okazała się sześciokrotnie przekroczyć limit powierzchni papieru. Ostatecznie wersja drukowana jest niewielkim zarysem podróży skondensowanym w 4 tys. znaków... Do rzeczy. Czym właściwie była ta droga? Już wyjaśniam. Po złożeniu wniosku o dwumiesięczny urlop i napisaniu ostatniego egzaminu, wsiadłem na rower i pojechałem w odległe kraje... Może nie tak od razu, ale przygotowania nie były skomplikowane. Wrzuciłem do rowerowej sakwy kilka ubrań, namiot, kuchenkę i zapasowe części do mojego roweru - nie zabrałem wiele, żeby nie wozić. Plan zakładał zobaczyć jak najwięcej, przeżyć ciekawe przygody, zmieścić się w terminie i nie dać się przy tym zjeść. Dlaczego Bałkany? Bo są piękne - a piękne są dlatego, że są górzyste, dzikie i bardzo zróżnicowane etnicznie. Z tych różnic wynikały w ostatnich latach dość krwawe wojny, ale dziś jest już spokojnie. Trasa, którą wymyśliłem była takim zygzakiem, że gdyby go rozwinąć sięgała by chyba po Władywostok. Szkoda mi było odejmować ciekawych miejsc, więc postanowiłem nudniejsze odcinki podgonić lokalnymi pociągami.

Najpierw pojechałem przez Przemyśl do Lwowa. Ukraina jest OK - bardzo ją lubię. Potem całą długością Mołdawii, włącznie z komunistycznym Naddniestrzem, nad Morze Czarne – do Odessy. Następnie Rumunia przez Bukareszt, Bułgaria – również ze stolicą i Grecja. W Grecji dla zasady zobaczyłem Saloniki, Ateny, Peloponez - ale to nuda jest. Dużo ciekawiej zrobiło się w Albanii. Zasadą jest, że im kraj biedniejszy tym bardziej interesujący. Potem Macedonia, Kosowo, Czarnogóra – ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie. Dalej jechałem przez Chorwacki Dubrownik, by odbić w stronę Bośni i Hercegowiny – przez Mostar, Sarajewo do granicy z Serbią. W Serbii zwiedziłem Belgrad i skierowałem się z powrotem nad morze. Znów przez Chorwację: Zagrzeb, Rijeka, Istria. Mijałem granicę za granicą, aż zacząłem się gubić w walutach. Kawałek Słowenią, by zahaczyć o włoski Triest nad Adriatykiem i w kierunku Węgier – teraz przez całą długość Słowenii. Węgry są płaskie, więc szybko śmignąłem wzdłuż Balatonu na Budapeszt, a potem to już rzut beretem przez Słowację i byłem w domu.

Typowy dzień składał się z kilku prostych czynności. Pobudka, zwijanie obozu, jazda, rozbijanie obozu, sen. Miejsca gdzie nocowałem były bardzo różne. Preferuję noclegi "na dziko" – najlepiej nad rzeką, w lesie, albo na plaży. Posiłki sporządzałem na przenośnej kuchence gazowej. Czasami byłem zapraszany na swojskie jedzonko, kawę, czy piwo przez sympatycznych ludzi dobrej woli ;) Jak wspominałem, niektóre fragmenty przejechałem koleją – to również była doskonała okazja do integrowania się z lokalną społecznością.

Doliczyłem się 17 krajów. Podróżowałem 53 dni będąc sam na sam z czerwonym rowerem i okalającą mnie wolnością. Pokonałem w tym czasie na siodełku 5,5 tys. kilometrów, oraz niespełna 2 tys. pociągami. Nie da się w kilku zdaniach opisać tego co przeżyłem – pozostanie to w mojej głowie, w rezerwuarze opowiadań dla moich wnuków. Poznałem wielu interesujących ludzi i podszkoliłem się dzięki nim w międzynarodowym języku, w którym rozmawia się rękami. Czasami było zabawnie, czasami trudno, a niekiedy nawet strasznie, nigdy jednak nie przyszło mi do głowy by zawrócić – zawsze myślałem jak wydłużyć trasę. Rozmaitych wątków pobocznych i krótkich historyjek mógłbym przytoczyć setki. O interesach z Naddniestrzańską milicją, o Wołodii z Izmaila, o szaleńczej jeździe radzieckim motocyklem w Mołdawii, o determinacji albańskich dzieciaków i o polach minowych w Bośni. O tym i o wielu innych "O", będzie można więcej poczytać w dzienniku z podróży, który do wiosny przepiszę – o ile się po sobie doczytam ;) Dłuższą wersję, o której wspomniałem na początku, jak również wiele innych materiałów, można znaleźć na mojej stronie internetowej już teraz: www.biketrips.pl [red. tekst miał być drukowany w kwartalniku Informa]

Relacja w rozmiarze M

Pomysł ewoluował długo, brakowało bodźca, by go zrealizować. Po powrocie z Rumunii czułem delikatny niedosyt. Dwa tysiące kilometrów na rowerowym siodełku to zdecydowanie za mało, by powiedzieć „wystarczy”. Chciałem kolejne wakacje wycisnąć do ostatniej kropli. Przygotowania nie trwały długo. Na parę dni przed wyjazdem wymieniłem kilka zużytych podzespołów w rowerze, zamontowałem bagażniki. Rano spakowałem w sakwy cały ekwipunek, czyli namiot, kuchenkę, trochę ubrań i części zapasowych na wypadek awarii - nie dużo, żeby nie wozić. Trasę wyznaczyłem sobie, łącząc na mapie miejsca, które wydawały mi się warte zobaczenia, w minimalny cykl Hamiltona niezawodną metodą „na oko” – naturalna heurystyka – można powiedzieć. Zygzak, jaki z tego wyszedł, miał dziwny kształt i wtedy jeszcze nie chciałem wiedzieć, ile to kilometrów. Fantazja jest dobra, ale zdrowy rozsądek też trzeba było zachować, dlatego postanowiłem, że zamiast ścinać zakręty, nudniejsze odcinki pogonię lokalnymi pociągami – miałem bowiem „tylko” dwa miesiące urlopu. Gdy wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik, wyprowadziłem objuczony rower przed dom, pomachałem bliskim na pożegnanie, zaświeciłem czerwoną lampkę i zacząłem pedałować. Czułem się nadzwyczaj normalnie – tak jakbym jechał na weekend w Beskidy. Jeszcze nie myślałem o tym, co mnie czeka.

Kierunek Ukraina. Staram się nie powtarzać tras – to jest nierozsądne, biorąc pod uwagę ogrom świata i liczbę miejsc, których nigdy nie zobaczę. Pojechałem pociągiem do Przemyśla, gdzie czuć już wschodnie powietrze. Na granicy trzeba wypełnić kartę imigracyjną, wpisując zmyślony adres..., chyba że zna się cel podróży. Niedaleko za granicą jest wioska i też stacja kolejowa, na którą pojechałem zakupić bilet do Lwowa. Pomyliły mi się strefy czasowe, przez co pół dnia wegetowałem pod drzewkiem, popijając kwas chlebowy i ucząc się brzydkich słów od miejscowych dzieciaków. Do Lwowa niedaleko, pociąg szybko pokonał trasę. Podczas zwiedzania miasta dopadła mnie noc. Rano znów miałem pociąg. Ten jechał z Moskwy do Czerniowców – dla takich pociągów warto demontować koła w rowerze. Bardzo lubię Ukrainę, jest taka... swojska i wolna. Nikt nie wymaga jazdy na światłach w ciągu dnia, nikt nie krępuje wolności spożywania alkoholu na ulicy, w sklepie czy w pracy, nikt nie zabrania gospodarzom pędzenia swoich stad drogami krajowymi – można by długo wymieniać. Właściwie dopiero gdy wysiadłem na dworcu w Czerniowcach, zaczęła się dla mnie prawdziwa podróż rowerem.

Kilkadziesiąt kilometrów do Mamałygi i Mołdawia – tyle o niej słyszałem, że musiałem sam zobaczyć. Jeśli wierzyć statystykom, to jest najbiedniejszym krajem w Europie, o PKB per capita na poziomie przeciętnej afrykańskiej. Nie ma się czego obawiać. Ludzie, jak się okazało, są bardzo przyjaźnie nastawieni, wręcz zainteresowani przybyszem z zagranicy. Na trasie w szczerym polu zatrzymała się przede mną srebrna Łada, po czym zostałem zaatakowany kamerą wielkości armaty – to regionalna telewizja. Ciekawe, czy wyemitowali potem ten materiał. W Bielcach starszy pan zapytany o drogę na Kiszyniów zaproponował, że mi pokaże którędy jechać. On na rozklekotanym rowerze, ja za nim. Pojechaliśmy do jego domu. Ubrał skarpetki zabrał z szafki dokumenty i powiedział, że teraz pojedziemy... motocyklem. Maszyna produkcji radzieckiej na betonowej drodze rozpędziła się do 100 km/h. Gdy otworzyłem oczy, byłem zdumiony, że jeszcze żyjemy. Mołdawia jest trudna na rower – bardzo pagórkowata i upalna, nie ma asfaltowych dróg, poza kilkoma głównymi. Ludziom też nie żyje się lekko, wodociągi są tylko w miastach, gdzie indziej królują przydrożne studnie. W stolicy jakby inaczej, klimat – Polska lata osiemdziesiąte.

Mołdawia zawiera w sobie, na lewym brzegu Dniestru, Naddniestrzańską Republikę Mołdawską – de facto niepodległy kraj. To bardzo dziwne miejsce, posiadające własną walutę, własny rząd, szczelne granice oraz... komunistyczne symbole wkomponowane w godło i flagę państwową. Starsi koledzy radzili ominąć ten region, bo poza problemami próżno tam szukać czegokolwiek. Ale problem to też przygoda, a po nią przecież pojechałem. Przy granicy w krzakach zamaskowany wóz opancerzony, obok przy stoliku siedzi czterech ruskich pod karabinami i grają w karty. Poszedłem wypełniać jakieś tajemnicze formularze, oczywiście wszystko po rosyjsku. O dziwo jeszcze przed zmrokiem byłem po drugiej stronie. I to za darmo! Nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć po okolicy za skrawkiem lasu po namiot, a już słyszę gwizdek milicjanta. Okazało się, że przejechałem rowerem po ciągłej linii. Pan władza zadowolony, ja chyba też – w końcu coś się dzieje ;) Zaprowadzili mnie na posterunek, usadzili przy stoliku i zaczęły się negocjacje. Nagle słyszę „120 euro” – uśmiech mi zniknął, ale myślę sobie, że nocleg, choćby w areszcie będzie przyjemniejszy niż w lesie z komarami i dziką zwierzyną. Trochę poudawałem, wygrzebałem ostatnie 100 mołdawskich lei i byłem wolny. Uścisnęliśmy sobie jeszcze dłonie, tak jak byśmy ubili dobry interes. W kartce imigracyjnej wpisałem „tranzyt”, więc następnego dnia wstałem przed świtem, pozwiedzałem szybko Tyraspol: głowa Lenina przed Domem Sowietów itp. atrakcje, po czym sprint do granicy. Znowu chcieli pieniądze, co ciekawe, byli skłonni przyjąć cokolwiek, gdy powiedziałem, że już nie mam. Dwa portfele to podstawa w tamtych stronach.

Dalej, w kierunku Morza Czarnego, jest jeszcze kawałek Ukrainy. Chciałem zobaczyć Odessę. Miasto bardzo ładne. Mnóstwo knajpek i drogich samochodów na moskiewskich rejestracjach. Jechałem pół nocy po omacku wzdłuż wybrzeża, szukając kawałka plaży, gdzie mógłbym rozbić namiot. Sanżijka – mała miejscowość na wysokim klifie okazała się strzałem w dziesiątkę. Kąpiel w morzu o północy, jak matka natura stworzyła, po prawie 200 km pokonanych na siodełku tego dnia – to jedna z chwil, które długo się pamięta. Później pojechałem do zatoki, gdzie pożegnałem Morze Czarne i wsiadłem w pociąg do Izmaila. W ciągu tych kilku godzin, w wagonie najniższej klasy, poznałem Wołodię. Ponieważ panował okropny upał, a ja miałem schowane na czarną godzinę dwulitrowe ukraińskie piwo – został moim dozgonnym przyjacielem. Do stacji końcowej dojechaliśmy późnym wieczorem. Pokazał mi lokalne atrakcje, takie jak sklep nocny za żelaznymi drzwiami i azbestowy hotel.

Po drugiej stronie Dunaju jest Rumunia. Tutaj już dużo jeździłem rowerem, ale nie byłem w stolicy. Do Bukaresztu pociągiem dojechać niełatwo. Wielu rowerowych podróżników narzeka na przewóz rowerów w tym kraju, ale ja chyba znalazłem przyczynę – niekompetencja pracowników kolei. Jeśli się jest dociekliwym, wszystkie drzwi się otwierają. Bukareszt jest dość spory i bez dobrej mapy trudno się w nim odnaleźć. W Rumunii sprawę utrudnia dziwny język, angielski nie jest zbyt popularny, nawet wśród młodzieży. Trzeba też uważać na rodziny cygańskie, bo można łatwo pozbyć się wszelkich dóbr. Do Bułgarii z Bukaresztu nie jest daleko – jeden dzień jazdy rowerem.

Bułgaria – interesujący kraj. W Ruse miałem okazję poznać dwoje turystów ze Słowacji. Tamara pisała pracę dyplomową związaną z historią tego kraju. Dawno nie rozmawiałem z nikim z taką lekkością – język słowacki wydawał mi się zrozumiały jak mój ojczysty po wielokrotnych zmaganiach z rumunami. Dowiedziałem się o rzeczach, których bym nie przypuszczał. Ciekawe, czy wie ktoś co znaczy słowo „szukam” w języku słowackim? Podpowiem tylko, że nie należy zwracać się do Słowaków słowami „szukałem Cię”, „szukam mojego kota” itp., chociaż gdy zobaczą, że mają do czynienia z Polakiem, przymykają oko. Bułgaria na pewno jest ciekawa (może z wyjątkiem wybrzeża), niestety w dużej części przeciąłem ją pociągiem. Stolicę, Sofię, zobaczyłem z perspektywy dwóch kół, objeżdżając okolice centrum wczesnym rankiem. Kulata – przygraniczna wioska, gdzie dotarłem w drodze do Grecji, przywitała mnie nieznośnym upałem. Tam dostałem od sklepikarza, w ramach słowiańskiej przyjaźni, świeżego melona, który stał się podstawowym składnikiem mojej diety.

Wjeżdżając do Grecji, miałem mieszane uczucia. Gdyby zobaczyć wyrysowaną na mapie trasę mojej ekspedycji, można by odnieść wrażenie, że ten kraj był celem mojej podróży. Prawda jest taka, że przejechałem Grecję niejako dla zasady. Chciałem potwierdzić swoje negatywne odczucia w stosunku do tej końcówki Europy. Można tutaj przyjechać na rodzinne wakacje, by poleżeć na słonecznej plaży, ale nic poza tym. Ludzie są nastawieni do turystów roszczeniowo – każdy jest dla nich źródłem zysku. Miłym akcentem było spotkanie z kilkoma fanami piłki nożnej. – Skąd jesteś?. – Z Polski. – Aaa... Polska! Żewłakow, Dudek! Pozytywnie zaskoczyła mnie fauna Grecji. Nie spodziewałem się, że żółwie występują tam w takiej liczbie. Często przebiegały (o ile żółwie w ogóle umieją biegać) przez drogę niczym nasze polskie jeże ;) Rowerem dojechałem przez góry do Saloników. Miasto jest ładne i zadbane. Dalej miałem pociąg do Aten – takich cyrków jeszcze na kolei nie widziałem. Bilet drogi niemiłosiernie, rower trzeba było oddać w odprawie bagażowej – dosłownie jak na lotnisku. W samym pociągu nie było nawet kawałka podłogi, żeby usiąść. Kto mniejszy kładł się na półkach bagażowych lub pod siedzeniami. W Atenach spotkałem Anglika, który przyjechał tutaj na rowerze, szukał właśnie lotniska, by wrócić. Ja nieprzypadkowo swoją pętlę przemierzałem w odwrotnym kierunku. Każdy pociąg, jakim skracałem mniej ciekawe obszary, jechał na południe. W Atenach miałem na liczniku rowerowym dopiero około 1000 km. Po prostu niewygodnie jedzie się pod słońce. Razi w oczy i zdjęcia nie wychodzą ładne. Poranna wizyta na Akropolu, sesja zdjęciowa i powoli kieruję się na północny zachód. W drodze do Albanii jechałem przez Peloponez, zwiedzając Korynt, potem nowym, robiącym ogromne wrażenie, autostradowym mostem na kontynentalną część Grecji. Tam zaczęły się podjazdy, które powodowały u mnie skrajne wyczerpanie i skrajną radość związaną z pięknem krajobrazów i dzikością natury. Często na zjazdach górskimi serpentynami musiałem się zatrzymywać, bo obręcze od hamowania niebezpiecznie się nagrzewały. Odwiedziłem Janinę – miasto znane z tzw. Kompromisu z Janiny – i pojechałem w stronę albańskiej granicy.

Im region biedniejszy, tym ciekawszy. Chociaż mentalność Albańczyków jest dla mnie niezrozumiała, kraj wydaje się zdecydowanie bardziej przyjazny. Już pierwszego dnia zostałem zaproszony na kawę – swoją drogą wiąże się z tym całkiem ciekawa historyjka ;) Kupiłem arbuza i pojechałem do Sarandy, nad morze. Polecam to miejsce na wakacje. Spotkałem tu nawet Polaków. Jest to spore miasto. W miastach zawsze jest problem ze znalezieniem noclegu. Są właściwie cztery opcje. Można rozbić namiot gdzieś w parku na uboczu i modlić się, by nikt w nocy nie przyszedł z nożem i chrapką na nasze fanty. Możemy też rozbić namiot w samym centrum, na widoku – w razie gdy ktoś nas napadnie wystarczy krzyczeć i liczyć na czyjąś pomoc. Trzecia możliwość to zapłacić za nocleg w hotelu/campingu, ale kłóci się to z filozofią podróżowania rowerem i jest po prostu za drogie na tak długie wyjazdy. Ostatnia to nie spać – czasami trzeba było przeczekać gdzieś na ławce albo na dworcu, razem z bezdomnymi, wysłuchując ich niesamowitych opowieści. Generalnie im większa różnorodność, tym ciekawiej. Podczas wszystkich swoich podróży, w namiocie lub bez, ponad 100 razy noc spędzałem w lasach, stodołach, parkach, plażach, prywatnych podwórkach, nad rzekami, pod mostami... można by tak długo wymieniać – nie żałuję żadnej. Ale wracając do tematu Albanii – tym razem próbowałem rozbić namiot na plaży przy głównym deptaku. Dzieci marudzące przez godzinę „one dollar, one dollar” i ostatecznie straszące pobiciem przez starszych kolegów zmusiły mnie do podjęcia drugiej próby nieco dalej. Po północy mój namiot stał się parawanem dla lokalnych amatorów marihuany. W kolejnych dniach ruchliwymi wąskimi drogami przemieszczałem się w kierunku stolicy. Między Durres a Tiraną jest nawet coś, co przypomina autostradę, miałem więc wątpliwość, czy rowerem mogę tamtędy jechać. Napotkany kierowca ciężarówki powiedział, że to nie problem, ale jednak w połowie zatrzymała mnie kontrola policyjna. Tirana jest dość ładna, są sklepy, kawiarnie, normalne autobusy i w miarę dobry asfalt na drogach. Widziałem tam nawet kilka samochodów innej marki – to ciekawe zjawisko, ale około 90% samochodów w Albanii to mercedesy, trzydziestoletnie, ledwo turlające się, ale mercedesy. Zmęczony niebezpieczną jazdą między ciężarówkami postanowiłem na wschód do jeziora Ohryd pojechać alternatywną drogą przez góry. Na mapie zaznaczona całkiem grubą kreską, a w trakcie kilka miasteczek – pomyślałem, że powinna być przejezdna. Dla pewności, podczas tankowania butelek kranówką, zapytałem autochtona, czy rowerem dam radę. Jeszcze tego samego dnia skończył się asfalt. Trzy dni jazdy po kamieniach i prowadzenia roweru przez odcięte od świata obszary, gdzie docierały tylko ciężarówki i stare rozpadające się busy z ludźmi. Drugiego dnia pobiłem rekord średniej prędkości – 7 km/h. Dobrze, że miałem duży chleb i litrowy słoik swojskiego miodu, gdyby nie to, musiałbym się żywić poziomkami albo zatrzymywać handlarzy w ciężarówkach. Gdy widziałem wielkie agresywne psy biegające luzem po lesie i kłusowników ćwiczących strzelanie do celu na środku drogi, zrozumiałem, że jestem w miejscu, gdzie prawo nie sięga, a każdy powinien bronić się sam. Do cywilizacji wyjechałem dość zadowolony, że zachowałem życie i – nie oglądając się za siebie – pojechałem na wschód do granicy z Macedonią.

Dziś mały słaby kraj powstały w wyniku rozpadu Jugosławii, przed wiekami jako imperium Aleksandra Macedońskiego sięgał aż po Indie. Teraz w Macedonii 40% ludności to Albańczycy i ciągle żywy jest konflikt narodowościowy. Sam byłem świadkiem, jak mały chłopiec zaatakował żebrającego na skrzyżowaniu albańskiego rówieśnika solidnym kopem w plecy, o mało nie łamiąc mu kręgosłupa. Widziałem też gdzieś wystawioną w oknie mapę, na której Albania obejmowała obszar również Macedonii i Kosowa. Macedonia posiada bardzo wyjątkowe walory turystyczne. Piękne jezioro Ochrydzkie otoczone górami z krystalicznie czystą wodą. Podjechałem specjalnie na pobliską przełęcz, mimo że nie była po drodze, by podziwiać je z góry. Sklepikarz, od którego kupowałem mleko, gdy usłyszał, że jestem z Polski zaprowadził mnie do lodówki, zaczął grzebać w mrożonkach i wyciągnął naszą Żubrówkę, proponując mi nocleg. Jak się okazało, miesiąc wcześniej byli u niego Polacy, którzy zostawili butelkę wódki na pamiątkę ;)

Po Macedonii przyszła kolej na Kosowo. Serbowie uważają, że prowincja jest częścią Serbii, więc należy uważać w rozmowach na ten temat. W Kosowie dobre drogi, wybudowane za amerykańskie pieniądze i stłumiony już dawno konflikt, powodują, że jazda rowerem jest tam przyjemna. Cały kraj jest całkowicie muzułmański. Z minaretów cały czas słychać nawoływania do modlitwy. Spotkałem żołnierzy z Polski. Twierdzili, że po wojnie jest tu już bezpiecznie, obcokrajowcy nie mają się czego obawiać. Walutą obowiązującą w Kosowie jest euro – tak, tak, i to mimo że Kosowo ma z Unią tyle wspólnego co Demokratyczna Republika Konga.

Kolejnym młodym krajem na trasie była Czarnogóra. Od przejścia granicznego po stronie Kosowa do bramki Czarnogórskiej jest jakieś 15 kilometrów terenów, które właściwie są nie wiadomo czyje. Kraj również bardzo mały, ale niezwykle ciekawy i urozmaicony. Jadąc, często słuchałem lokalnych stacji radiowych za pomocą telefonu. Języki słowiańskie są podobne, więc nie ma przeszkód, by się zrozumieć. Raz trafiłem na audycję o botanice. Zaproszona do radia pani doktor opowiadała, że Czarnogóra mimo tak niewielkiego obszaru ma najwięcej gatunków roślin ze wszystkich krajów Europy. Nie sprawdzałem, czy to rzeczywiście prawda, ale to prawdopodobne. W górskich kanionach, na płaskowyżach oraz nad Morzem Adriatyckim panują niesamowicie odmienne klimaty. Punktami obowiązkowymi był Kanion Tary – najgłębszy kanion w Europie, Durmitor – pasmo górskie zadziwiająco dzikie i wolne od turystów, Boka Kotorska – największy fiord w południowej Europie. Nie da się słowami opisać piękna gór Czarnogóry, nawet wysiłek wkładany w ich pokonywanie rowerem tracił znaczenie. Malowniczo położone jeziora o błękitnej barwie wody i wąskie tunele wydrążone w skałach, nieraz krzyżujące się z innymi tunelami. Do tego zawsze ładna pogoda sprawia, że jest to wymarzony cel dla polskiego turysty. W Czarnogórze, tak jak w Kosowie, walutą jest euro. Zostałem też raz nad morzem zaproszony na piwko przez Czarnogórca wynajmującego pokoje turystom.

Dubrownik uchodzi za perłę Adriatyku, więc omijać to miasto wydawało mi się grzechem. Zahaczyłem o ten fragment Chorwacji, ale to było nie na moje nerwy. Miasto to epicentrum adriatyckiej komercji. Szybko więc uciekłem w kierunku Bośni i Hercegowiny. Na mapie droga była – z tym, że przejście graniczne nie było oznaczone. Na przełęczy zastałem mały blaszak i szlaban przegradzający drogę. Wokół blaszaka latała chmura os, a gdy spróbowałem otworzyć drzwi, zaczęły mnie atakować. W panice uciekłem na zewnątrz. Za mną wyszedł celnik i spokojnym tonem powiedział, żeby na nie uważać, bo obcych kąsają. Spytał też, czego od niego chcę. Chciałem tylko w miarę legalnie przedostać się przez granicę. Trochę pomarudził, ale w końcu oddał paszport i podniósł szlaban. Bośnia i Hercegowina to bardzo ciekawy kraj. Widać dużo zniszczeń wojennych, a z braku funduszy wiele obszarów nie zostało jeszcze rozminowanych. Często spotyka się czerwone tablice: „Uwaga miny!”. Zobaczyłem Mostar. Pomimo że część zabytków – w tym największy, Stary Most – zostało podczas wojny zniszczonych, zrekonstruowano je. W drodze do Sarajewa mijam pozdrawiając strudzonego pielgrzyma, kiedy ten, ujrzawszy polską banderę powiewającą za moimi plecami, krzyczy w euforii: „Hej! Polska!”. Kilka minut za nim szedł jego kolega. Od miesiąca pokonywali pieszo trasę z Częstochowy do Medjugorie. Niedaleko za stolicą rozpoczyna się obszar Republiki Serbskiej, nie jest to to samo co Republika Serbii – podział administracyjny krajów byłej Jugosławii jest niesamowicie zawiły.

Znana nam dobrze Serbia to właśnie Republika Serbii. Nadrabiałem kolejne setki kilometrów, by dotrzeć do Belgradu – serca kraju okradanego od lat z terytorium. Serbowie są już bardzo sfrustrowani. Kiedyś Serbia wraz Belgradem, jako stolicą, grały w Jugosławii pierwsze skrzypce, dziś kolejne republiki ogłaszają niepodległość bez międzynarodowego sprzeciwu. Szczególnie wrażliwa jest tutaj kwestia Kosowa. W okolicy Belgradu zaczepił mnie Marko – rowerzysta z miasta Obrenovac. Po krótkiej rozmowie przyznał się, że objechał na rowerze cały świat dookoła. Jechał z grupą serbskich przyjaciół przez 2 lata – niesamowite... i inspirujące ;) Z Serbii pojechałem znowu do Chorwacji – tej biedniejszej, wschodniej części.

Na granicy okazało się, że bezprawnie posiadam w paszporcie pieczątki z Kosowa. Według Serbów takie państwo nie istnieje. Solidaryzując się z celnikami, zacytowałem słowa serbskiej piosenki nacjonalistycznej, dzięki czemu od razu zniżyli ton. Okazało się też, że pieczątki można bez problemu anulować, pokrywając drugim stemplem. Równolegle do autostrady w kierunku Zagrzebia biegnie stara droga o niewielkim natężeniu ruchu. Jest płasko i jedzie się bardzo przyjemnie. Do tej pory od wyjazdu z domu nie spadła na mnie kropla deszczu – miałem niesamowite szczęście. Dopiero po 40 dniach pogoda zaczęła się psuć. Ostatecznie przez Zagrzeb do Rijeki pojechałem pociągami. Nad Adriatykiem pogoda zawsze jest ładna. Potem przez malowniczą Istrię – półwysep z bajecznie ulokowanymi wioskami na szczytach wzgórz. Włoskie naleciałości w nazwach miasteczek widać już tutaj. Planowałem jeszcze zajrzeć do Triestu, musiałem jednak w tym celu pokonać granicę chorwacko-słoweńską. Pedałowałem pół dnia przez góry do małego przejścia, gdzie zostałem zawrócony – paszport nie wystarczył, trzeba było mieć dodatkowe dokumenty. Podjąłem próbę przedarcia się przez las na drugą stronę, jednak był to zbyt gęsty las i próba nie powiodła się. Ostatecznie wydostałem się innym przejściem granicznym.

Przejechałem 40 kilometrów przez Słowenię i byłem we Włoszech. Triest robi wrażenie. Piękne kamienice nie mieściły mi się w głowie, jak również w obiektywie aparatu. W mieście dzieci z lokalnych szkół podczas zajęć wychowania fizycznego chodzą pływać w Adriatyku – żyć nie umierać. Wyjechać z Triestu to sztuka. Po kilku próbach musiałem konsultować się z mieszkańcami. Język włoski jest jeszcze gorszy od rumuńskiego. Udało mi się zrozumieć zdanie „jedź za tym autobusem, on jedzie tam, gdzie chcesz”. Problem pojawił się, gdy autobus na pełnym gazie zaczął piłować pod górę. Oczywiście zgubiłem go. Ze szczytu skarpy ostatni rzut oka na morze i heja przez Słowenię na Węgry.

Słowenia jest mała i ładna. Pogoda znów się popsuła, ale nie dawałem za wygraną. W Lublanie można zobaczyć uroczą starówkę, jednak Maribor robi większe wrażenie. Próbując wyjechać z Mariboru, trafiłem na imprezę emerytów. Ciężkie promile w ich krwiobiegach skutecznie utrudniały komunikację. Do Węgier dotarłem 2 dni później.

Płasko, szybko i przyjemnie. Pędziłem przez Węgry wzdłuż Balatonu w strugach deszczu. Znalazłem drogę rowerową od północnej strony jeziora. Końcówka sezonu, więc zagęszczenie turystów było niewielkie. Przed Budapesztem złapałem sakwiarza z Niemiec jadącego rowerem do Rumunii. Był zmartwiony pogodą. Ja byłem w o tyle dobrej sytuacji, że do domu miałem raptem kilka dni. Stolica Węgier oglądana przez ścianę wody wyglądała szaro, buro i ponuro. Nocleg znalazłem pod autostradą nad Dunajem. Po deszczach poziom wody w rzece był na tyle wysoki, że przykrył drogę rowerową gęstą warstwą błota. Do Słowacji było już niedaleko. Przez Wyszegrad, od którego wzięła się nazwa Grupy Wyszehradzkiej, potem piękny Esztergom, gdzie pomniki naszego króla Sobieskiego stoją na każdym zakręcie.

Na Słowacji nadal padało. Po nieprzyjemnej nocy na podmokłym ściernisku udałem się do Levic na pociąg. Spotkani w pociągu słowaccy rowerzyści poczęstowali śliwowicą prosto z bidonu i od razu zrobiło się wesoło. Do Żyliny dotarłem całkiem szybko. Czułem już polski wiatr i byłem szczęśliwy, że zaraz będę w domu. Ze Zwardonia pedałowałem mimo zakazów nową ekspresówką. Dojechałem do Węgierskiej Górki. Kupiłem na drogę gazetę, kiełbasę i czekoladę, po czym udałem się na stację kolejową.

Byłem przez prawie dwa miesiące bez kontaktu ze światem. Nie miałem pojęcia, co działo się w tym czasie na świecie i wcale mnie to nie interesowało. Nawet telefon miałem wyłączony. Potrzebowałem oderwać się od rzeczywistości na jakiś czas i to mi się udało. Jechałem sam. Miałem dużo czasu na przemyślenia. Z domem kontaktowałem się raz na parę dni, aby potwierdzić, że jeszcze żyję. Codziennie pisałem dziennik, aby nie zapomnieć o szczegółach. Zostanie opublikowany jak tylko znajdę czas, by go przepisać. Niniejszy tekst jest pisany z pamięci po kilku miesiącach. Po części moim celem jest rozwianie wątpliwości i obaw przed podróżami tego rodzaju. Narosło wiele mitów, że na wschodzie jest niebezpiecznie, że kradną, że skalpują i zjadają żywcem... to wszystko bzdury. Bardziej niebezpiecznym wydaje mi się wyjść wieczorem na spacer po Katowicach niż jeździć rowerem po Bośni, Kosowie czy Mołdawii. Jeśli tylko żyją gdzieś ludzie i nie toczy się tam regularna wojna, to znaczy, że można spokojnie jechać. Na początku przydaje się silna psychika, żeby nie umrzeć ze strachu, gdy w środku nocy, głęboko w ciemnym lesie zaryczy jeleń, ale po jakimś czasie wszystko powszednieje. Jesteśmy w dobrym punkcie historii – nie potrzebujemy wiz prawie do żadnego z krajów Europy, a do Rosji czy na Białoruś nietrudno zdobyć. Trzeba korzystać póki się da.

Podsumowując suche statystyczne fakty: 17 to liczba odwiedzonych krajów; 5,5 tysiąca kilometrów pokonane na rowerowym siodełku i blisko 2 tysiące pociągami. 53 dni w podróży i ani raz nie zgolona broda. Kontakt z naturą – długotrwały i bezpośredni. Liczba przygód – nie do określenia. Straty materialne – nieznaczne.

Dzień 1 (19 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 2 (20 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 3 (21 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 4 (22 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 5 (23 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 6 (24 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 7 (25 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 8 (26 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 9 (27 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 10 (28 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 11 (29 lipca 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 12 (30 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 13 (31 lipca 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 14 (1 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 15 (2 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 16 (3 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 17 (4 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 18 (5 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 19 (6 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 20 (7 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 21 (8 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 22 (9 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 23 (10 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 24 (11 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 25 (12 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 26 (13 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 27 (14 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 28 (15 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 29 (16 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 30 (17 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 31 (18 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 32 (19 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 33 (20 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 34 (21 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 35 (22 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 36 (23 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 37 (24 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 38 (25 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 39 (26 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 40 (27 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 41 (28 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 42 (29 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 43 (30 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 44 (31 sierpnia 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 45 (1 września 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 46 (2 września 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 47 (3 września 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 48 (4 września 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 49 (5 września 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 50 (6 września 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 51 (7 września 2010)

Dystans: 0 km

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 52 (8 września 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...

Dzień 53 (9 września 2010)

Dystans: 0 km /

Trasa: W trakcie przepisywania...

Relacja: W trakcie przepisywania...