Relacja
Ten wypad trudno nazwać "wyprawą". Była to wycieczka rekreacyjno-imprezowa z elementami turystyki rowerowej. Nie pamiętam już dokładnie jak doszło do wyjazdu, bo mamy dziś na kalendarzu 15 listopada 2008, a opisywana przygoda wydarzyła się między 2, a 13 sierpnia 2006, ale mogę podejrzewać, że była ona efektem konsensusu dwóch pomysłów na wakacje - mojego i Kamila. Więc... wcześnie rano wspomnianego wcześniej 2 sierpnia załadowaliśmy się z rowerami do pociągu w Dąbrowie Górniczej i po niespełna 10 godzinach byliśmy w Gdańsku. Znaleźliśmy miejsce gdzie dokuje tzw. "tramwaj wodny" i zakupiliśmy bilety na Hel.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu na pobieżne zwiedzenie Gdańska, po czym o 18:00 zajęliśmy miejsca na łodzi i popłynęliśmy. Po około 40 minutach byliśmy na półwyspie. Nie pozostało nic innego jak popedałować na zachód. Na noc zatrzymaliśmy się w Juracie, gdzie akurat byli na wakacjach moi rodzice. Następnego dnia jadąc cały czas wzdłuż wybrzeża, czasem wręcz po plaży metr od wody, dotarliśmy do Łeby. W Łebie byli na obozie nasi znajomi więc zatrzymaliśmy się w ośrodku po drugiej stronie drogi. Mieliśmy w planach zabawić tutaj dłużej więc opłaciliśmy od razu 3 doby. Okazało się, że jest całkiem wesoło więc zostaliśmy do dnia wyjazdu znajomych czyli w sumie 5 dni. Następnie pojechaliśmy dalej na zachód. Przeprawa przez wydmy w "Słowińskim Parku Narodowym" okazała się równie męcząca dla nas, jak i dla napędów w naszych rowerach.
Jazda po mokrym piasku przy falach nieraz zalewających opony nie jest tym co łańcuchy lubią najbardziej. Kolejnym utrudnieniem była mapa, która zupełnie nie odzwierciedlała rzeczywistości. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu zapadł zmrok, a my dalej jechaliśmy. W końcu dojechaliśmy. W Darłówku byli na wakacjach dziadkowie Kamila. Załatwili nam wcześniej lokum, więc nie było problemu z noclegiem. Kolejny dzień odpoczywaliśmy z brzuchami skierowanymi ku niebu, a wieczorem daliśmy popis karaoke na plaży. Po Darłówku kolejnym przystankiem miał być Kołobrzeg, jednak życie zweryfikowało plany. W Sarbinowie dopadło nas oberwanie chmury. Woda w przeciągu kilku minut zalała główne skrzyżowanie w miejscowości i sparaliżowała ruch. Siedząc pod parasolem obserwowaliśmy śmieszne poczynania kierowców topiących się w tej ogromnej "kałuży".
Na koniec sam wjechałem do wody, która sięgała ponad piasty. Deszcz nie przestawał padać, a Kamil złapał gumę. Postanowiliśmy zostać w Sarbinowie. Wysuszyliśmy wszystkie łachy w kotłowni przy domu wypoczynkowym i następnego dnia popedałowaliśmy dalej. Kończyły się jednak skromne fundusze jakimi dysponowaliśmy, więc trzeba było uciekać. Po dotarciu do Kołobrzegu przespaliśmy się w starym mercedesie campingowym, a dnia następnego wsiedliśmy w pociąg i wróciliśmy do domów. Podsumowując: 12 dni, 360 km na rowerach i niezliczona ilość wypitego piwa :)
