pomoc | kontakt | współpraca

Mapa trasy

Polska
708 km
Czechy
241 km
Austria
434 km
Niemcy
1585 km
Francja
236 km
Luksemburg
121 km
Belgia
313 km
Holandia
627 km

Trasa przejechana zgodnie z planem. Dystans okazał się nieco większy niż szacowałem, ale od przybytku głowa nie boli :) Tabelka obok przedstawa wykaz państw wraz z liczbami kilometrów, a mapka poniżej trasę przejazdu. 100 procent rowerem (nie licząc 4 przepraw promowych przez kanały w Rotterdamie i Amsterdamie, oraz rzeki Łabę i Wartę, ale tego nie wliczałem do dystansu).

Wstęp

Był 11 sierpnia. Załadowałem bagaże na rower i wyjechałem w trasę. Podróżowałem kolejno przez Polskę, Czechy, Austrię, Niemcy, Francję, Luksemburg, Belgię, Holandię, znów Niemcy i Polskę. Ekspedycja zakończyła się szczęśliwym powrotem 11 września. Podczas tych 32 dni pokonałem 4265 km, co daje średnią 133 km/dzień. Czterokrotnie korzystałem z przeprawy promowej. Zobaczyłem ładny kawałek Europy i postaram się zrelacjonować tę przygodę w postaci krótkiego streszczenia, ponadto udostępniam notatki, które sporządzałem każdego wieczora.

Sprawy techniczne wyglądają następująco. Zabrałem 2 sakwy Crosso Expert załadowane po brzegi sprzętem do gotowania, ubraniami, jedzeniem i innymi drobiazgami. Na sakwy przyszła karimata i namiot. Całość ważyła około 30 kg i miałem obawy, czy to nie jest zbyt wiele. Bagażnik Crosso niby do 35 kg, ale wartość ta jest przebijana z 25 kg, dodatkowo wszyscy wiemy jak to jest, zawsze coś się musi wydarzyć. Dość szczęśliwie sprzęt wytrzymał wiele, jednak dwukrotnie pękła szprycha w tylnym kole po stronie kasety. Zeszłoroczne przygody nie nauczyły mnie rozsądku, przez co z braku narzędzi byłem zmuszony korzystać z usług serwisów rowerowych. Oprócz tego dwa razy złapałem gumę i poluzowały mi się stery, jednak klucza nie miałem więc jechałem na luźnych jakieś 1500 km. Miałem mapy w skalach od 1:100 000 do 1:400 000, najbardziej optymalnym rozwiązaniem wydaje mi się mapa 1:200 000 w dobrej rozdzielczości. Ponadto korzystałem z pomocy przygodnie spotkanego Niemca, z którym jechałem 2 dni. Miał GPS i tracka szlaku R1, oraz znał mniej więcej Berlin. Z pogodą bywało różnie, ale nie mogę narzekać, dni deszczowych było kilka, ale przewarzała ładna pogoda. Koszt wyjazdu to około tysiąc złotych nie licząc wydatków na sprzęt przed wyjazdem, więc jak widać nie trzeba mieć fortuny, aby ciekawie spędzić wakacje.

Plan był taki, aby do Wiednia dojechać szlakiem Greenway Kraków - Wiedeń, okazało się to jednak niemożliwe z powodu słabego oznaczenia, kiepskiej nawierzchni i przebiegu, który według mnie jest lekkim nieporozumieniem. Ostatecznie Czechy pokonałem posiłkując się niekompletnymi mapami zakupionymi w Cieszynie. Byłem zaskoczony niesamowitymi krajobrazami i pięknymi miasteczkami w południowych Morawach, nie znałem tego kraju z tej strony. Austria z kolei jest o wiele przyjaźniejsza turystom kolarzom z powodu dobrej infrastruktury. Słynna Naddunajska Ścieżka Rowerowa jest szlakiem, na którym można spotkać wielu sakwiarzy z całej Europy, miałem przyjemność spotkać nawet kilku Polaków. Automaty z papierosami to na zachodzie standard, ale z dętkami widziałem pierwszy raz w życiu. W Niemczech oznaczenie i nawierzchnia już nie są jest tak dobre, jednak dobra pogoda (po deszczach w Austrii) sprawiła, że Bawarię wspominam bardzo miło. Co ciekawe, do dziś Bawarczycy ubierają się bardzo charakterystycznie, czyli krótkie spodnie na szelkach i kapelusz na głowę. Wzdłuż rzeki jechałem do Ulm, gdzie odbiłem na północny zachód. Schwarzwald to niezbyt wysokie góry, bardzo podobne do naszych Beskidów, jednak wycisnęły ze mnie trochę potu. Nieco dalej płynie Ren, wzdłuż którego biegnie granica Niemiecko-Francuska, a tuż za nią leży Strasburg. Oczywiście moim głównym celem w tym mieście było zobaczenie Parlamentu Europejskiego. Budynek faktycznie robi wrażenie. W Alzacji i Lotaryngii czuć silne powiązania historyczne z Niemcami, widać to głównie w niemieckobrzmiących nazwach miejscowości. Następnym krajem na trasie był Luksemburg. Jest to specyficzny kraj, bardzo bogaty. Luksemburg pod względem PKB per capita ustępuje jedynie Liechtenstein'owi. Ostatnio głośno mówi się o konflikcie w Belgii i mającym nastąpić rozpadzie na Flandrię i Walonię. Rzeczywiście Belgia jest bardzo zróżnicowana. Południe ubogie i zaniedbane, z kolei na północy północ zupełnie odwrotnie. Podobny jest natomiast styl budowania domów, starsze budynki są z kamienia, w nowszych dominuje cegła, tynkowanie z zewnątrz nie jest praktykowane. Bruksela sprawia wrażenie dużej metropolii mimo stosunkowo niewielkiej liczby mieszkańców. Na Grand Place można poczuć się jak w innym świecie, kamienice aż kipią od zdobień i przepychu. Portowe okolice Antwerpii są niesamowicie zurbanizowane, w końcu to przecież 2 po Rotterdamie największy port w Europie. Mnogość i ogrom zakładów przemysłowych ciągnących się wzdłuż nadbrzeżnych kanałów dziesiątkami kilometrów robi wrażenie. Przed wyjazdem dużo czytałem o Holandii, jako krainie nieprawdopodobnie przyjaznej rowerzystom. Miałem co do tego wątpliwości, które znikły po kilku pierwszych kilometrach przejechanych od granicy państwa. Rower mógłby być symbolem tego kraju, lub wręcz nazwę można by przemianować na Rowerolandia. Rozwiązania komunikacyjne wydają się być idealne i w mojej opinii powinny być wzorem do naśladowania. Inną sprawą jest wyjątkowa tolerancja i społeczne przyzwolenie na wszelkie uciechy cielesne. Dzielnica Czerwonych Latarni w Amsterdamie jest epicentrum tego, co w Polsce można by nazwać kompletną rozpustą. Powrót przez środkowe Niemcy był czasem refleksji nad niedawną historią Europy. Jadąc samochodem nie widać różnicy między NRD i RFN, bo autostrady wszędzie są takie same, ale rower posiada tę zaletę, że zobaczyć można prawdziwe życie i prawdziwych ludzi. Do dziś rysuje się wyraźna granica między terenami zachodnimi i tymi zza Żelaznej Kurtyny. Mur Berliński obalony już w dużej części przypomina niedawne czasy. Berlin nie jest atrakcyjnym turystycznie miastem, warto jednak odwiedzić go ze względów historycznych. Po wielu dniach za granicą nawet Polska wydała mi się obca. Mimo, że mamy już XXI wiek, nadal istnieją miejsca gdzie czas się zatrzymał. Wielkopolskie wioski ukryte głęboko w lasach promieniują egzotyką. W Poznaniu widać nieśmiałe rowerowe akcenty, jednak to za mało, aby nazwać go miastem przyjaznym dla rowerzystów.

Samotna jazda ma tę zaletę, że nie trzeba się z nikim liczyć i daje pełną wolność w podejmowaniu decyzji, jednak może pojawić się problem „dziczenia”. Żałowałem, że nie wziąłem z domu jakiegoś radia kieszonkowego, albo odtwarzacza mp3. Aby zaoszczędzić na wadze bagażu nie zabrałem również narzędzi do golenia, co spowodowało pojawienie się bujnych chaszczy na twarzy, do tego doszedł oczywisty problem z utrzymaniem higieny na odpowiednim poziomie, wyglądałem więc jak kloszard. Budziłem zainteresowanie wśród autochtonów. Niczym Forrest Gump podczas joggingu pokonywałem kolejne kilometry rozmyślając nad sensem istnienia, jednak nie doszedłem do żadnego wniosku. Czas płynął bardzo szybko i niczym się obejrzałem byłem już w domu. Czuję się szczęśliwy i myślę o kolejnych wyprawach, co nie zachwyca rodziców, ani dziadków. Chciałbym w tym miejscu gorąco polecić wszystkim tego typu wyjazdy. Sam miałem poważne obawy co do tego czy dam sobie radę sam i czy wytrzymam psychicznie, jednak doświadczenie pokazało, że wystarczy wierzyć w sukces aby dokonać niemożliwego. W naszym pięknym kraju turystyka rowerowa nie jest popularna, dlatego trzeba to zmienić. Zapraszam do przeczytania relacji dzień po dniu w formie pamiętnika.

Dzień 1 (11 sierpnia 2008)

Dystans: 152.79 km /

Trasa: Dąbrowa G. - Sosnowiec - Mysłowice - Lędziny - Bieruń - Pszczyna - Goczałkowice - Zabrzeg - Iłownica - Piersiec - Skoczów - Cieszyn - Český Těšín - Třanowice - Vojkovice - Frýdek-Místek - Palkovice

Relacja: Pierwszy dzień rozpoczął się o 6:00, kiedy to udało mi się wreszcie zwlec z łóżka. Szybkie pakowanie i o 7:40 byłem gotowy. Po kilkuset metrach zawróciłem, ponieważ okazało się, że nowy łańcuch skacze po kasecie, a po wymianie przedniego koła zapomniałem przepiąć magnes od licznika. Nie ma to jak dobrze zacząć. Zabrałem stary łańcuch do sakwy, zamontowałem magnes i nie oglądając się za siebie podążyłem na południe. Pogoda była znakomita, choć nie obraził bym się na matkę naturę gdyby obniżyła temperaturę o jakieś 3 do 5 stopni. Początkowo planowałem dojechać do Pszczyny, odnaleźć szlak Greenway Kraków-Wiedeń i do Wiednia jechać według oznaczeń, jednak nie zdążyłem wyjechać z Pszczyny jak zrezygnowałem z tego pomysłu. Było to spowodowane napotkaniem tabliczki „Cieszyn 115 km” – to chyba jakieś nieporozumienie. Pojechałem własną trasą i zaoszczędziłem 70 km. W Cieszynie zaopatrzyłem się w korony i mapki Czech w skali do 1:100 000. Nie wiem czy Czesi są debilami, czy daltonistami, ale z pewnością jedno z tych określeń do nic pasuje. Wszystkie szlaki mają numerowane, a nie tak jak w Polsce kolorowane. Powoduje to ogromne trudności w czytaniu mapy. Późnym popołudniem zaczął wzmagać się wiatr wiejący z przeciwnego kierunku niż bym sobie tego życzył. Dogodne miejsce pod namiot znalazłem w lesie sosnowym w okolicy miasta Frýdek-Místek. Komary dały się co prawda we znaki, ale od tego się na szczęście nie umiera.

Dzień 2 (12 sierpnia 2008)

Dystans: 131.46 km

Trasa: Palkovice - Kozlovice - Frenštát pod Radhoštěm - Valašské Meziříčí - Loučka - Holešov - Hulin - Kroměříž - Zdounky - Střilky - Koryčany

Relacja: Okropny wiatr przez cały dzień, oczywiście w twarz. Momentami tak mocno wiało, że nie mogłem utrzymać się na drodze. W czasie przerwy śniadaniowej jedzenie odlatywało na podmuchach. Do tego mnóstwo podjazdów i zjazdów. Mało trenowałem przed wyjazdem, a po wczorajszym dniu nie zdążyłem wypocząć więc byłem wykończony. Piękne krajobrazy Moraw podnosiły mnie na duchu. Wypatrzyłem na mapie camping w miejscowości Koryčany, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Rozbiłem namiot, wziąłem prysznic, zjadłem pyszną kiełbasę, wypiłem Bernarda i uderzyłem w kimono.

Dzień 3 (13 sierpnia 2008)

Dystans: 113.34 km /

Trasa: Koryčany - Kyjov - Hovorany - Čejkovice - Velkě Bílovice - Podivín - Lednice - Valtice - Schrattenberg - Herrenbaumgarten - Großkurt - Wilfersdorf - Mistelbach

Relacja: Wyspałem się na zapas. W trasę ruszyłem dopiero o 10:00. Rano trochę kropiło, ale nie zdążyłem zmoknąć. Temperatura była znośna i co najważniejsze przestało wreszcie wiać. Wrażenia z Czech bardzo pozytywne. Mimo, że byłem w tym kraju już wiele razy zaskoczyły mnie przepiękne krajobrazy Moraw i malowniczo położone wioski. W Lednicach przejeżdżałem koło ruin jakiegoś pałacu, który z zewnątrz wyglądał mało atrakcyjnie. Coś mnie jednak podkusiło aby wjechać na dziedziniec, potem przez kolejną bramę i ukazały się moim oczom niezwykle piękne ogrody, zabytkowy kościół i jeszcze jeden pałac. Całość była w remoncie jednak udało mi się pstryknąć kilka ładnych zdjęć. Po przekroczeniu austriackiej granicy zauważyłem śmieszną rzecz, mianowicie myszy. Były wszędzie i w ogromnych ilościach. Jadąc drogą słychać było szum biegających w trawie gryzoni. Namiot tego dnia rozbiłem na łące za krzakami tuż przy drodze rowerowej.

Dzień 4 (14 sierpnia 2008)

Dystans: 142.19 km

Trasa: Mistelbach - Ladendorf - Großrußbach - Kreuttal - Ulrichskirchen-Schleinbach - Wolkersdorf im Weinviertel - Großebersdorf - Föhrenhain - Wien - Klosterneuburg - Tulln - Altenwörth - Krems

Relacja: Wstałem skoro świt, nie ociągałem się bo w namiocie czuć było wilgoć, a tego nie cierpię. Do Wiednia pedałowałem szlakiem EuroVelo 9. W mieście tym byłem już nie raz więc nie pchałem się do centrum. Odnalazłem Donauradweg i pojechałem wzdłuż Dunaju na zachód. Największą zaletą tego szlaku jest asfalt na całej (od Wiednia do Pasawy) długości i niewiele podjazdów co sprawia, że jedzie się bardzo lekko i przyjemnie. Spotkać można tu całe rodziny na rowerach i spore grupy emerytów, wszyscy jednak jadą w dół rzeki czyli w kierunku przeciwnym niż ja. Do piękna krajobrazów można się przyczepić, bo często trafiają się mało atrakcyjne obiekty jak np. zakłady przemysłowe. Malownicze miasteczka rekompensują straty więc wychodzi na 0. Chciałem nieco wyrównać opaleniznę, bo wyglądam jak łaciata krowa i jechałem bez koszulki jakiś czas. Chyba nie był to najlepszy pomysł. Teraz mam całe plecy czerwone i piekące. Wieczorem spotkałem 2 Polaków szukających campingu, który według miejscowych miał być gdzieś w pobliżu. Postanowiłem się przyłączyć. Daleko na niebie ogromny cumulonimbus, który straszy piorunami, oby tu do nas nie przyszedł w nocy.

Dzień 5 (15 sierpnia 2008)

Dystans: 103.76 km

Trasa: Krems - Weißenkirchen - Spitz - Aggsbach Markt - Melk - Ornding - Krummnußbaum - Ybbs an der Donau - Willersbach - Ardagger Markt

Relacja: Camping opuściłem o 8:00 żegnając się z rodakami, którzy jechali z wschód. Pierwsze co zrobiłem to pojechałem szukać sklepu co by jakieś śniadanie zakupić, jednak dość spory market jaki napotkałem był zamknięty. Dziwne pomyślałem, ale w tym momencie przypomniało mi się, że przecież mamy dzisiaj święto. Znalazłem w sakwie 2 stare bułki i puszkę sardynek, ale to za mało! Obiad musiałem jeść w drogiej restauracji, bo wszystko inne było pozamykane. Wziąłem najtańszą opcję. 25 zł za kotleta z dżemem – parodia. O 13 zaczęło padać i lało do samego wieczora. Przemoknięty, zmarznięty i wygłodniały postanowiłem przespać się na gasthofie. Dostałem całkiem przyjemny i nie drogi pokój gdzie wysuszyłem się i podładowałem telefony. Na kolację okropny tuńczyk z puszki. Już nie mogę doczekać się śniadania. Ciekawe co gospodyni przygotuje.

Dzień 6 (16 sierpnia 2008)

Dystans: 125.58 km

Trasa: Ardagger Markt - Wallsee - Mauthesen - Luftenberg - Linz - Ottensheim - Aschach an der Donau - Shlögen - Wesenufer - Engelhartszell

Relacja: Dzień zaczął się fatalnie. Ponura i deszczowa aura nadal się utrzymywała, właściwie można powiedzieć, że lało jak z cebra. Ubrałem się ciepło by chociaż nie zmarznąć i zanurkowałem. Jechałem prawie na oślep bo silny wiatr chlapał wodą po oczach. Pędziłem na zachód chcąc jak najszybciej wyjechać spod tej tego paskudnego nimbostratusa. W Linz pod mostem zrobiłem sobie małą przerwę na szamanko. Most był spory, a pod nim boisko. Gdy jadłem przyszło paru chłopaków z trenerem i zaczęli grać w piłkę nożną. Pożyczyłem gościowi pompkę, bo piłki coś się słabo odbijały za co odwdzięczył się donośnym „spasiba!”. Po południu zaczęły pojawiać się przerwy w opadach i ku mojej uciesze wieczorem niebo zrobiło się niebieskie. Zajechałem na camping. Gorący prysznic był jedyną rzeczą o jakiem marzyłem. Łazienki były jednak zaprojektowane przez jakiegoś idiotę, albo specjalnie utrudniono do nich dostęp. Aby się dostać pod prysznic trzeba mieć klucz, ale klucza nie można dostać w recepcji, bo zamykają ją o 20:00. Klucze krążą niepilnowane wśród gości campingu jednak nigdy nie wiadomo kto je aktualnie ma. Wściekły miałem już wskakiwać z mydłem do basenu, gdy zauważyłem coś brzęczącego w ręce kobiety z ręcznikiem. Skończyło się dobrze – pod prysznicem.

Dzień 7 (17 sierpnia 2008)

Dystans: 137.55 km /

Trasa: Engelhartszell - Kastel - Pyrawang - Passau - Otterskirchen - Vindorf - Hofkirchen - Winzer - Hengersberg - Deggendorf - Offenberg - Pfelling - Bogen - Straubing

Relacja: Nareszcie koniec deszczy. Było co prawda bardzo zimno i musiałem grzać w namiocie kuchenką gazową, ale to już nie to samo co deszcz. Gdy zza gór wyjrzało słońce zrobiło się całkiem przyjemnie. Ładne widoki zapewniały spowite w chmurach szczyty gór wznoszących się nad Dunajem. Pasawa to bardzo ładne miasto, w którym trochę pobłądziłem, ale opłacało się. Pojechałem wzdłuż Innu zamiast Dunaju, na szczęście szybko się zorientowałem. Za Pasawą poratowałem niemiecką rowerzystkę dętką i fachową ręką za co wcisnęła mi 10€. Nie wiem po ile chodzą dętki w Niemczech, ale chyba nie są takie drogie. Po południu miałem styczność z pewnym gościem na kolarce, który zapytany o drogę zaproponował że mnie zaprowadzi. W trakcie jazdy nawiązała się rozmowa. Wypytywał o szczegóły mojego wyjazdu, aż dotarł do sprawy funduszy. Rzuciłem kwotą 300€, co go lekko zaskoczyło, wsadził rękę do kieszeni, wyjął 40€ i powiedział „take”. Trochę się zdziwiłem, w końcu nie codziennie dostaje się pieniądze od obcych ludzi na ulicy. Nocleg na campingu. Jednak porządny prysznic poprawia samopoczucie.

Dzień 8 (18 sierpnia 2008)

Dystans: 135.95 km

Trasa: Straubing - Pondorf - Wörth an der Donau - Sulzbach - Regensburg - Gundelshausen - Kelheim - Hienheim - Neustadt an der Donau

Relacja: Kolejny słoneczny dzień. Namiot musiałem rozbić za drzewami więc miałem rano cień. Długo się grzebałem ze zwijaniem obozu, potem jeszcze szukanie marketu w Straubing i dopiero po 11 zacząłem pedałować w górę Dunaju. Trochę asfaltu, trochę szutru, ale jechało się przyjemnie. Zakupiłem rano zupki w puszkach więc kuchenka poszła w ruch w porze obiadowej. Okazały się całkiem smaczne biorąc pod uwagę wygląd. Około 18 wskoczyłem do Dunaju na małą kąpiel. Woda niezbyt ciepła, ale nie miało to większego znaczenia. Na koniec dnia dostałem od losu niespodziankę w postaci końca drogi. Ścieżka którą jechałem niespodziewanie zakończyła się w miejscu gdzie skały zanurzały się w wodzie. Niestety nie miałem przy sobie dmuchanego pontonu, ani sprzętu do wspinaczki więc postanowiłem wrócić i objechać skały. Potem mostem na drugą stronę rzeki i szlak się odnalazł. Obóz rozbiłem w rekordowym czasie. Od momentu wjechania na łąkę do momentu zamknięcia się w namiocie minęło 8 min. Pośpiech był spowodowany gęstą chmurą komarów.

Dzień 9 (19 sierpnia 2008)

Dystans: 167.37 km

Trasa: Neustadt an der Donau - Menning - Großmehring - Inglostadt - Neuburg an der Donau - Bertoldsheim - Leitheim - Donauwörth - Donaumünster - Gremheim - Steinheim - Dillingen - Lauingen - Gundelfingen

Relacja: Wstałem wcześnie, bo namiot rozbity był w dość widocznym miejscu na prywatnej łące, lepiej, żeby nikt nie miał powodów aby się przyczepić. Jechało się dobrze, choć upał dawał o sobie znać. Na wąskiej drodze w lesie jakiś niedzielny rowerzysta wyprzedzając zagadał do mnie, ale nie chciało mi się po raz n-ty powtarzać tekstu „I don’t understand. Do you speak english?” więc jedynie głupio na niego popatrzyłem. W tym momencie lekko zdezorientowany zjechał z asfaltu i zaliczył piękną glebę rozwalając rękę i nieco rower. Zaproponowałbym mu bandaż gdybym wiedział jak się to nazywa po angielsku/niemiecku. Udał jednak, że nic się nie stało i lekko zawstydzony szybko odjechał. Późnym popołudniem zerwał się straszny wicher. Znów miotało mną jak szmatą. Razem z wiatrem pojawiły się paskudne chmury. Szybko wykąpałem się w strumyku wypływającym ze zbocza niewielkiej górki i rozbiłem namiot przy boisku piłkarskim. Wkrótce potem zaczęło padać. Chyba nadszedł kolejny front atmosferyczny. Oby nie był tak szeroki jak ten austriacki.

Dzień 10 (20 sierpnia 2008)

Dystans: 146.91 km

Trasa: Gundelfingen - Günzburg - Leipheim - Elchingen - Ulm - Erbach - Ringingen - Schmiechen - Hütten - Münsingen - Gomadingen - Kohlstetten - Sonnebühl-Genkingen - Bronnweiler

Relacja: Całą noc padało, rano też padało, więc nie chciało mi się wyłazić na zewnątrz. Około 7 zaczęli się kręcić jacyś ludzie. Namiot rozbijałem po zmroku więc nie wiedziałem gdzie dokładnie jestem. Postanowiłem szybko się stąd wynieść. W trakcie składania namiotu podbiegł do mnie wściekły owczarek niemiecki, co podniosło mi ciśnienie. Szczęśliwie jednak, właściciel szybko zareagował i powstrzymał psa od ataku. Pojechałem wzdłuż Dunaju do Ulm. Za miastem odbiłem bardziej na północ i lokalnymi drogami podążyłem w stronę gór Schwarzwald. W sklepie w Schellingen narobiłem zamieszania próbując kupić bułki, które jak się okazało trzeba najpierw upiec, żeby były jadalne. Pewna starsza pani widząc, że przyjechałem na rowerze próbowała mi to wytłumaczyć. Po chwili dołączył się jej mąż, kasjerka i jeszcze jeden gość z obsługi. W czwórkę wybrali dla mnie odpowiednie bułki. Bardzo ucieszyło ich, że mogli pomóc, mnie z kolei rozśmieszyła ta cała sytuacja. Namiotu nie chciało mi się wysuszyć za dnia i wieczorem rozbijałem mokry. W lesie straszy - słychać sowę i ryki jeleni, zupełnie jak w jakimś niskobudżetowym horrorze.

Dzień 11 (21 sierpnia 2008)

Dystans: 123.08 km

Trasa: Bronnweiler - Tübingen - Rottenburg - Obernau - Mühlen - Horb - Grünmettstetten - Dornstetten - Arch - Freudenstadt - Baiersbronn - Obertal - Ruhestein - Ottenhöfen - Waldulm - Mösbach

Relacja: Las okazał się mieć cudowne właściwości. Namiot wyschnął, a ja spałem jak niemowlę. Dzisiaj miałem do pokonania Schwarzwald – góry niezbyt wysokie (jak nasze Beskidy), ale i tak dały mi w kość. Nie było drogi jaka by mi odpowiadała, musiałem jechać trochę dookoła i częściowo ruchliwą szosą. Serpentyny to jest to co lubię najbardziej, motocykliści również więc wyprzedzało mnie dzisiaj wielu. Śpię w podobnym bukowym lasku jak poprzedniej nocy, mam nadzieję, że uchroni mnie przed rosą. Do granicy francuskiej jest stąd ok. 30 km, więc to moja ostatnia noc w Niemczech w tym miesiącu.

Dzień 12 (22 sierpnia 2008)

Dystans: 114.68 km /

Trasa: Mösbach - Wagshurst - Diersheim - Auenheim - Kehl - Strasbourg - Wiwersheim - Willgottheim - Wasselonne - Romanswiller - Dabo - Haselbourg - Niderviller

Relacja: Rano słoneczna pogoda podnosiła na duchu. Pojechałem okrężną drogą do Strasburga, który mimo niemieckobrzmiącej nazwy jest francuskim miastem. Zresztą cała Alzacja i Lotaryngia są mocno zgermanizowane. Tereny te przez wiele lat były kością niezgody między Niemcami i Francją, co tłumaczy to zjawisko. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy raczej niemiłe. Przedmieścia zaniedbane, wręcz paskudne. Pojechałem za znakami „Europeans Institutions” i po kilkunastu minutach dotarłem pod gmach Parlamentu Europejskiego. Trzeba przyznać, że budynek zbudowany z rozmachem robi wrażenie. Potem, szukając centrum miasta, zabłądziłem. Centrum znalazłem po dłuższej chwili podążając za drogowskazami. Na wyspie w samym środku śródmieścia napotkałem ogromny kościół, który w żaden sposób nie chciał zmieścić się w obiektywie aparatu. W informacji turystycznej kupiłem dokładną mapę regionu i wyruszyłem w głąb Francji. Zaczęło padać. Bardzo ucieszyłem się gdy wyrosły przede mną kolejne góry. Wiedziałem, że dzisiaj już nie zdążę ich przejechać więc rozbiłem namiot na polanie, wykąpałem się w brunatnym strumyku i usnąłem wsłuchując się w stukot kropli deszczu upadających na tropik namiotu.

Dzień 13 (23 sierpnia 2008)

Dystans: 101.61 km

Trasa: Niderviller - Sarrebourg - Bisping - Bassing - Bermering - Morhange - Arraincourt - Ariance - Hémilly - Servigny-lés-Raville - Courcelles-Chaussy - Les Etangs

Relacja: Pierwszym celem tego dnia było znalezienie sklepu w celu nabycia śniadania. Ku mojemu zdziwieniu nie było sklepu w żadnej wiosce. Między Sarrebourgiem, a Morhange (~45 km) nie było nawet malutkiego kiosku z gumą do żucia. Jechałem o głodzie. Kiedy wreszcie napotkałem market kupiłem w promocyjnej cenie 18 tabliczek czekolady, do tego kilogram nutelli, co daje razem prawie 3 kg żywej energii. To tyle ile waży mój namiot :) Pogoda była jakaś dziwna, padał deszcz, świeciło słońce, na niebie były wszystkie rodzaje chmur, do tego silny wiatr i chłód. Wieczorem przystanąłem na chwilę, aby odpocząć i zobaczyłem malutkiego kleszcza na nodze, za chwilę drugiego zaraz obok. Obejrzałem się dobrze i zobaczyłem więcej tego ścierwa. Dziwny gatunek, bardzo małe, miałem problem z pozbyciem się tego bez pęsety. Po wyrwaniu około 20 sztuk byłem czysty. Łyknąłem sobie ibuprofen, bo według etykiety działa przeciwzapalnie. Mam nadzieję, że boreliozy od tego nie będzie.

Dzień 14 (24 sierpnia 2008)

Dystans: 114.91 km /

Trasa: Les Etangs - Hayes - Vry - Vigy - Luttange - Metzervisse - Inglange - Oudrenne - Rettel - Schengen - Elvange - Filsdorf - Hassel - Hésperange - Luxembourg - Walferdange - Steinsel - Mersch - Cruchten

Relacja: Ostatnio dobrze sypiam, więc i dziś nie od razu posłuchałem budzika. Siła do jazdy była więc popędziłem w stronę Schengen, niewielkiej Luksemburskiej wioski tuż przy granicy znanej z pewnego traktatu, dzięki któremu tak wygodnie przekracza się granice. Zameczek, w którym podpisywano ów traktat bardzo zarośnięty i na zdjęciach nie bardzo go widać. Następnie uderzyłem na stolicę, czyli też Luksemburg. Miasto dość specyficzne, nieduże. Zabytkowe pałacyki mieszają się z nowoczesnymi szklanymi domami. Bogactwo Luksemburczyków widać na każdym kroku. Każda wioska wygląda jak dzielnica willowa, jednocześnie tereny zielone zajmują pastwiska pełne owiec, co mocno ze sobą kontrastuje. Wieczorem zaczęło padać więc zjechałem do lasu wcześniej niż planowałem.

Dzień 15 (25 sierpnia 2008)

Dystans: 107.59 km /

Trasa: Cruchten - Ettelbruck - Bourscheid - Goesdorf - Wiltz - Winsler - Brâs - Benonchamps - Recogne - Monaville - Bertogne - Ortho - La Roche-en-Ardenne - Rendeux - Hotton

Relacja: W nocy lało i rano lało. Przeciągałem wyjście z namiotu w nieskończoność. W końcu o 11 byłem gotowy do drogi. W ciągu dnia padało tylko przelotnie więc w przerwach można było wyschnąć. Po przekroczeniu belgijskiej granicy od razu zauważyłem różnicę. Walonia zaniedbana podobnie jak Francja, zresztą wszyscy mówią tu po francusku. Po przejechaniu ponad 1000 km przez Austrię i Niemcy, Belgia wydaje się krajem trzeciego świata (może lekko przesadziłem). Zobaczymy co pokaże Flandria. Wieczorem nie mogłem znaleźć miejsca pod namiot więc zjechałem na camping, który przez nikogo nie pilnowany okazał się dla mnie bezpłatny :)

Dzień 16 (26 sierpnia 2008)

Dystans: 138.93 km

Trasa: Hotton - Grandhan - Maffe - Havelange - Ohey - Haut-Bois - Bonneville - Vezin - Tiller - Leuze - Dhuy - Perwez - Chaumont-Gistoux - Bonlez - Grez-Doiceau - Ottenburg - Overijse - Hoeilaart

Relacja: Cały dzień pochmurny, ale suchy. Interesujące jest budownictwo w Belgii. Praktycznie nikt nie stosuje tu tynku na zewnętrznych ścianach. Wszystko obłożone jest kamieniem, a w nowszych budynkach cegłą. Oczywiście kościoły, szkoły i inne instytucje też są z kamienia. W niektórych starszych wioskach można poczuć się jak w średniowieczu. Niektóre gospodarstwa rolne wyglądają z kolei jak zamki. Duży dom, stodoła, budynki gospodarcze, wszystko zintegrowane z wysokim murem i potężną bramą wjazdową. Jak ciekawostkę napiszę też, że Belgia jako jedyne państwo na świecie wszystkie autostrady ma w pełni oświetlone, a w ich gęstości ustępuje jedynie Holandii. Wieczorem w namiocie kolejna bitwa z kleszczami.

Dzień 17 (27 sierpnia 2008)

Dystans: 108.63 km

Trasa: Hoeilaart - Bruxelles - Meise - Londerzeel - Willebroek - Boom - Niel - Hemiksem - Antwerpen

Relacja: Spałem w lesie, który jest właściwie dużym parkiem wcinającym się w przedmieścia Brukseli. Sama Bruksela okazała się zaś dość duża i znalezienie centrum nie było łatwe. Nie jest to piękne miasto, mało fotogeniczne. Praktycznie przed każdym ciekawszym obiektem stały zaparkowane ciężarówki, albo przesłaniała go pajęczyna trakcji tramwajowych. Właściwie tylko Grand Place mogę zarekomendować jako miejsce warte zobaczenia. W Brukseli znajdują się siedziby kilku instytucji europejskich. Budynki w których się mieszczą upchnięto między inne i sfotografowanie całości jest trudne. Wyjazd z miasta był o wiele łatwiejszy, ale zakończył się śmiercią jednej ze szprych w tylnym kole. Antwerpię objechałem wzdłuż Skaldy. Przytulny kąt w krzakach znalazłem nad kanałem w strefie przemysłowej. Z wejścia do namiotu mam piękny widok na wodę i oświetlone zakłady z ogromną rafinerią na czele po drugiej stronie.

Dzień 18 (28 sierpnia 2008)

Dystans: 147.66 km /

Trasa: Antwerpen - Zandvliet - Ossendrecht - Hoogerheide - Bergen op Zoom - Tholen - Oud-Vossemeer - Sint Philipsland - Herkingen - Melissant - Stellendam - Tinte - Brielle - Rozenburg - Maassluis - Hoek van Holland

Relacja: Najważniejsza sprawa na dziś to wymiana szprychy, póki nie popękały jej sąsiadki. W miejscowości Bergen op Zoom tuż za holenderską granicą znalazłem całkiem spore centrum rowerowe. Serwis mieli dość okazały, jednak fachowcy sprawiali wrażenie mało kompetentnych. Rower razem z sakwami pojechał na wyciągu pod sufit, a koło zostało naprawione w 5 min. Zażądano ode mnie 1€, myślałem, że go źle zrozumiałem, potem, że gość żartuje, ale nie żartował. Pamiętam jak w zeszłym roku kolega Michał za identyczną usługę płacił w Monachium 20€. Holandia jest rajem dla rowerzystów – to wie każdy, ale jakoś nie każdy potrafi sobie wyobrazić jak taki raj wygląda. Otóż ten cudowny kraj posiada tak doskonałą infrastrukturę rowerową, że póki się tu nie przyjedzie i nie zobaczy na własne oczy to się nie uwierzy. Wszędzie są drogi rowerowe, elegancko oznaczone i opatrzone drogowskazami. Praktycznie na każdym skrzyżowaniu obok tablic informacyjnych dla samochodziarzy są mniejsze tablice dla rowerzystów. Gdy wzdłuż zwykłej drogi nie biegnie rowerowa, wtedy dzieli się ją na 3 pasy (nie tak jak w Polsce, na 2). Skrajne są dla rowerzystów poruszających się w 2 kierunkach, a środkowy dla samochodów. Gdy po obu stronach poruszają się rowerzyści, a środkowym pasem jadą 2 samochody na czołowe zderzenie, muszą się zatrzymać i poczekać, aż przejadą rowerzyści i dopiero wtedy się minąć. Do tego dochodzi holenderskie prawo, które mówi, że w razie wypadku samochód-rower bez względu na wszystko zawsze winny jest kierowca samochodu. Powoduje to, że rowerzyści traktowani są w Holandii jak święte krowy. Wieczorem rozbiłem się na campingu w nadmorskiej miejscowości Hoek van Holland.

Dzień 19 (29 sierpnia 2008)

Dystans: 109.59 km

Trasa: Hoek van Holland - Monster - Kijkduin - Duindorp - Den Haag - Katwijk - Noordwijk - Zandvoort - Nationaal Park Zuid-Kennemerland - IJmuiden - Houtrakpolder

Relacja: Pierwsze co dzisiaj zrobiłem to udałem się na plażę zobaczyć Morze Północne. Niecierpliwy zamiast poszukać drogi przedzierałem się przez rozległe piaszczyste wydmy. Plaża okazała się dość szeroka i bezludna. Nic dziwnego, elegancki dojazd był kilkaset metrów dalej. Po piasku jeździł traktorzysta niwelując nierówności. Wzdłuż wydm zostały wytyczone szlaki rowerowe, piesze i konne. Teren jest niezwykle piękny, a przez ciekawą roślinność można poczuć się jak w zupełnie innym klimacie. Hagę zwiedziłem dość pobieżnie, tzn. objechałem jedynie nadmorskie dzielnice. Dalej był park narodowy, gdzie drogę przegrodziło mi stado dzikich koni. Nie mam pojęcia skąd się tam wzięły. Przypuszczam, że zostały tam wypuszczone, aby urozmaicić krajobraz. Okazały się bardzo przyjazne, przez co mogłem spokojnie przejechać między nimi. Namiot rozbiłem w lesie niedaleko Amsterdamu. Ziemia jest zorana i niewygodnie się leży.

Dzień 20 (30 sierpnia 2008)

Dystans: 154.14 km

Trasa: Houtrakpolder - Amsterdam - Landsmeer - Purmerend - Hoorn - Middenmeer - Den Oever - Afsluitdijk - Zurich - Harlingen

Relacja: Amsterdam to na prawdę bardzo ciekawe miasto. Można by o nim napisać książkę, albo nawet bibliotekę książek. Całe poprzecinane kanałami, po których pływają wodne autobusy. Kamienice wyglądają jakby były budowane przez murarzy po wizycie w coffee shopie, ale ponoć pochylenie frontowej ściany w stronę ulicy to celowy zabieg, który ma ułatwić wciąganie mebli przez okna i przy okazji zwiększyć powierzchnię użytkową. Główną atrakcją turystyczną Amsterdamu jest znana na całym świecie dzielnica De Wallen – największa dzielnica czerwonych latarni w mieście. Można tutaj całkiem legalnie zaznać różnorodnych przyjemności. Marihuana jest palona w ogródkach przy ulicy. Prostytutki stoją w witrynach sklepowych i pukają w szybkę, aby je kupić. Do północnej części miasta można się dostać jedynie promem. Kilka łodzi krąży bez przerwy między brzegami, a przejazd jest bezpłatny. Ogólnie miasto bardzo przyjemne. Nie ma ruchliwych ulic, wszędzie cisza i spokój. Cały ruch odbywa się na rowerach, których jest w Amsterdamie około 600 tys. W okolicach stacji kolejowych, metra itp. są specjalne parkingi dla rowerów, niekiedy kilkupiętrowe, mimo to rowery są zostawiane wszędzie, niekiedy wpadają do kanałów, zostają porzucane lub po prostu giną zakopane w setkach innych. Amsterdam opuściłem po południu i po kilkudziesięciu kilometrach dojechałem do Den Oever, czyli miejscowości gdzie zaczyna się 32 kilometrowa tama zamykająca zatokę Zuiderzee. Na tamie wybudowana jest autostrada i droga rowerowa. Wygląda to jakby zbudowano autostradę przez morze, gdyż stojąc z jednej strony nie widać drugiego brzegu. Na tamę wjechałem dość późno, a przejechanie jej zajęło mi 1,5 godz. więc zdążył w tym czasie zapaść zmrok. Na szczęście znalazłem camping, który jak poprzedni okazał się darmowy :)

Dzień 21 (31 sierpnia 2008)

Dystans: 128.31 km

Trasa: Harlingen - Achlum - Wommels - Sneek - Woudsend - Lemmer - Emmeloord - Ens - Kampen - Vilsum - Zwolle

Relacja: Czas pożegnać Morze Północne. Jak na złość wiatr zmienił kierunek i wieje od południa, czyli bardziej od frontu niż z boku. W Harlingen podobne kanały jak w Amsterdamie. Dzień wcześniej był jakiś festyn i miasto zostało zdemolowane. Od rana jeździły odpowiednie służby i sprzątały ulice. Przejechałem dzisiaj przez jeden z największych holenderskich polderów Noordoostpolder. Kraj jest płaski jak stół, cały zorany kanałami i wałami przeciwpowodziowymi. Lasów brak. Namiot rozbiłem przy drodze rowerowej nad rzeką, wcześniej poczekałem aż zapadnie zmrok, żeby się ludzie nie czepiali. Na niebie wielka chmura burzowa.

Dzień 22 (1 września 2008)

Dystans: 147.26 km /

Trasa: Zwolle - Dalfsen - Heino - Raalte - Heeten - Holten - Markelo - Diepenheim - Neede - Eibergen - Zwillbrock - Vreden - Stadtlohn - Büren

Relacja: Wstałem skoro świt, a kto wcześnie wstaje temu pan Bóg daje. I dawał ładnie kilometry jeden po drugim, aż stała się rzecz straszna, mianowicie znowu poszła szprycha z tyłu. Było to na 140 kilometrze. Pękła od strony kasety więc znowu czeka mnie wizyta w serwisie. A mogłem kupić klucz :/ Mam nadzieję, że jutro doturlam się do miasta. Dzisiaj pożegnałem Holandię. Była to cudowna kraina, a Niemcy jak to Niemcy, mają dobre drogi ale tylko dla blachosmrodów, rowerzyści nie są traktowani poważnie. Szlak Europa-Radweg R1 bardzo kluczy i często brakuje oznaczeń, przez co non stop się gubię i nadrabiam kilometry. Kiepska mapa nie pomaga. Nocleg w lesie bukowym, czyli najlepsza miejscówka jaka mogła się trafić (może z wyjątkiem darmowego campingu :) ).

Dzień 23 (2 września 2008)

Dystans: 113.62 km

Trasa: Büren - Gescher - Coesfeld - Billerbeck - Havixbeck - Münster - Telgte - Warendorf - Vohren

Relacja: Spałem długo bo sklepy i tak pewnie od 10:00 otwarte. Rower naprawiłem w Gescher. Zapłaciłęm 10 razy więcej niż poprzednio, ale przynajmniej koło jest idealnie wycentrowane. Może wytrzyma 10 razy dłużej. Śniadanie jadłem w parku przed podstawówką. Dzieci biegały po całej okolicy zupełnie nie pilnowane i krzyczały jakby je ktoś ze skóry obdzierał. To się nazywa bezstresowe wychowanie. Potem udałem się do Münster, czyli miasta do którego jeżdżą na wymianę uczniowie z liceum, do którego uczęszczałem. Jak na niemieckie miasto, to sporo rowerzystów, poza tym nic nadzwyczajnego. Cały czas wieje boczy wiatr od południa. Już nie jadę szlakiem R1, ale według mapy wzdłuż tego szlaku, nie mam czasu, ani ochoty ciągle się gubić. Wieczorem znalazłem przytulny lasek bukowy.

Dzień 24 (3 września 2008)

Dystans: 101.25 km

Trasa: Vohren - Beelen - Herzebrock - Rheda-Wiedenbrück - Rietberg - Delbrück - Paderborn - Neuenbeken - Altenbeken - Erpentrup

Relacja: W nocy okropnie wiało. Mimo, że spałem w lesie myślałem że namiot zaraz odleci, a ja razem z nim. Wcześnie rano pogoda była jeszcze znośna, potem się rozpadało. Dzień mało przyjemny i jakiś taki nijaki. Nic ciekawego po drodze nie spotkałem. Sporo czasu zmarnowałem na zastanawianiu się nad drogą. Zaczęły się dość spore pagórki, które są wstępem do gór Harz. Jesień zbliża się wielkimi krokami. Czuć w powietrzu szkolną atmosferę i pogoda już nie ta. Opadające liście potwierdzają obserwacje. Śpię w miejscowości o nie najlepiej kojarzącej się nazwie, na dodatek wszędzie pełno jest pomników niemieckich żołnierzy.

Dzień 25 (4 września 2008)

Dystans: 110.10 km

Trasa: Erpentrup - Nieheim - Bredenborn - Overhausen - Höxter - Holzminden - Arholzen - Stadtoldendorf - Wangelnstedt - Lüthorst - Einbeck - Kreiensen - Bad Gandersheim

Relacja: Nie wyspałem się. Było zimno i wilgotno, do tego pochyły teren. Zamiast spać turlałem się w dół i do góry. Dzisiaj sporą część trasy przejechałem szlakiem R1, który w tym regionie jest dość dobrze oznaczony. Broda urosła mi jak Robinsonowi Crusoe, przez co budzę niepokój wśród pracowników marketów, w których robię zakupy. Bardzo mi się przyglądają, abym przypadkiem czegoś nie ukradł. Nie chce mi się im tłumaczyć, że nie jestem bezdomnym, tylko trochę „innym” rowerzystą. Krajobrazy ciekawe, górki podobne do świętokrzyskich. Wieczorem zagadał jakiś starszy gość, niestety bariera językowa okazała się nie do przekroczenia. Zdołałem mu tylko wytłumaczyć, że jestem z okolic Katowic, na co odpowiedział „Aaa..., Kattowitz. Oberschlesien, ja?”. Potwierdziłem i pojechałem szukać noclegowni na dzisiaj. Znalazłem daleko w polach kawałek łąki, nad którą latały nietoperze.

Dzień 26 (5 września 2008)

Dystans: 142.83 km

Trasa: Bad Gandersheim - Seesen - Lautenthal - Wolfshagen - Jerstedt - Immenrode - Vienenburg - Lüttgenrode - Osterwieck - Deersheim - Hessen - Rohrsheim - Aderstedt - Gunsleben - Hamersleben - Eggenstedt - Seehausen - Klein-Rodensleben

Relacja: Dziś na rozgrzewkę przeprawa przez Harz. Kilka większych podjazdów i byłem po drugiej stronie. Szlak R1 odbija w tym miejscu na południe i zatacza dość spory łuk. Postanowiłem pojechać skrótem na Magdeburg. Po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny inny świat. Mimo, że nie mam na mapie zaznaczonych granic administracyjnych od razu zauważyłem, że jestem już w NRD. Bloki z wielkiej płyty i ogólne ubóstwo rzuca się w oczy. Większość wiosek straszy opuszczonymi i rozpadającymi się ruinami dawnych gospodarstw i zakładów przemysłowych. Duża część Niemców po zjednoczeniu państwa wyjechała na zachód. Namiot rozbiłem w polu kukurydzy.

Dzień 27 (6 września 2008)

Dystans: 109.27 km

Trasa: Klein-Rodensleben - Niederndodeleben - Magdeburg - Schönebeck - Pömmelte - Barby - Güterglück - Zerbst - Dobritz - Reuden - Reetz - Wiesenburg

Relacja: Po wydostaniu się z kukurydzy uderzyłem na Magdeburg. Tak jak się spodziewałem zastałem nędzne socrealistyczne budownictwo i bloki z wielkiej płyty. Ponoć przed wojną było tu wiele wartościowych zabytków, ale zostały zniszczone w 80% podczas nalotów dywanowych. Miasto odbudowane przez sowietów zatraciło pierwotny kształt. Po opuszczeniu Magdeburga pojechałem wzdłuż Łaby do miejscowości Barby, gdzie wymieniłem dętkę, bo już od kilku dni schodziło powietrze. Po naprawie, zaciekawiony dobiegającą z pól muzyką pojechałem zobaczyć co się tam dzieje. Zastałem koncert rockowy i tłumy dziwnie wyglądających młodych ludzi. Ludzie ci nie byli przyjaźnie nastawieni do otoczenia. Niszczyli znaki drogowe wózkami sklepowymi zataczając się od wypitego alkoholu. Po chwili przyjechała karetka. Postanowiłem szybko opuścić teren nie ujawniając tożsamości. Ulica była jednak pokryta szkłem z rozbitych butelek i przed chwilą wymienioną dętkę szlag trafił. Tym razem wykorzystałem łatki zakupione w Tesco, które okazały się bardzo praktyczne. Na drugi brzeg Łaby przeprawiłem się promem i popędziłem na wschód w kierunku Berlina.

Dzień 28 (7 września 2008)

Dystans: 147.57 km

Trasa: Wiesenburg - Belzig - Brück - Borkheide - Beelitz - Ferch - Petzow - Werder - Potsdam - Berlin - Erkner - Grünheide

Relacja: Rano nie byłem pewny czy dojadę do Berlina przed zmrokiem, ale spotkałem Niemca, który jechał na rowerze do Finlandii. Miał dokładne mapy i GPS, dodatkowo mniej więcej znał Berlin więc dalej pojechaliśmy razem. Szlakiem R1, najpierw przez Poczdam dojechaliśmy do stolicy zjednoczonych Niemiec. Objechaliśmy kilka atrakcji takich jak Reichstag, Brama Brandenburska, czy Mur Berliński pstrykając parę fotek. Miasto nie przypadło mi do gustu, jakieś takie nijakie. Wieczorem rozbiliśmy namioty nad jeziorem Petzsee, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

Dzień 29 (8 września 2008)

Dystans: 160.59 km /

Trasa: Grünheide - Strausberg - Buckow - Müncheberg - Küstriner Vorland - Kostrzyn - Słońsk - Gronów - Ośno Lubuskie - Lubień - Brzeźno - Sulęcin - Miechów - Lubniewice

Relacja: Piękny słoneczny dzień. Do granicy z Polską nawigował David, potem role się odwróciły. W Kostrzynie wymieniliśmy waluty, nabyliśmy po atlasie Polski na głowę i heja w głąb kraju. Pięknie. W Niemczech wszędzie było pełno ludzi, każde jezioro było obstawione domkami letniskowymi, a w Polsce dzikość i piękna natura. Infrastruktura trochę skromna, ale rekompensują nam to cudowne krajobrazy. Wieczorem znaleźliśmy bardzo przyjemną miejscówkę nad jeziorem Lubniewsko koło Lubniewic. Przed snem trochę popływaliśmy. Dwa szerokie i zadaszone stoły posłużyły za łóżka.

Dzień 30 (9 września 2008)

Dystans: 205.64 km

Trasa: Lubniewice - Sokola Dąbrowa - Templewo - Pieski - Międzyrzecz - Policko - Pszczew - Łowyń - Lewice - Zębowo - Lwówek - Brody - Duszniki - Sędziny - Wierzeja - Grzebieńsko - Jankowice - Lusowo - Wysogotowo - Poznań - Piotrowo - Robakowo - Szczodrzykowo - Koszuty - Środa Wlkp. - Marianowo Brodowskie

Relacja: Piękny poranek, piękny cały dzień. Wiatr w plecy i dobre samopoczucie pozwalały szybko pokonywać kolejne kilometry. W miejscowości Pszczew pożegnałem kolegę Davida. Pamiątkowe zdjęcie i dalej samotna jazda do Poznania. Czytałem gdzieś, że Poznań jest miastem przyjaznym dla rowerzystów. Niestety nie mogę tego potwierdzić (być może jestem trochę skrzywiony po powrocie z Holandii). Wjechać do miasta było bardzo ciężko, musiałem jechać po trawie wzdłuż drogi, bo jazda drogą w tym miejscu to szaleństwo. Na rynek dostałem się żywy, gdzie zrobiłem kilka zdjęć. Kupiłem też banderę Polski przy jednym straganie - lepiej późno niż wcale. Pierwszy raz byłem w Poznaniu i nawet mi się spodobał. Wyjazd z miasta był łatwiejszy, ale szybko zapadł zmrok i namiot rozbijałem w świetle lampki, która padła po kilku minutach świecenia. Dystans dzisiaj wyszedł dość spory co mnie bardzo cieszy.

Dzień 31 (10 września 2008)

Dystans: 148.82 km

Trasa: Marianowo Brodowskie - Murzynowo Leśne - Orzechowo - Dębno - Radliniec - Tarce - Wysogotówek - Kotlin - Fabianów - Ligota - Głogowa - Szczury - Lewków - Ociąż - Psary - Ołobok - Godziesze Wlk. - Brzeziny - Dzięcioły - Fajum - Brąszewice

Relacja: Okazuje się, że są jeszcze w Polsce miejsca, gdzie o asfalcie mało kto słyszał, a psy szczekają dupami. Takie egzotyczne enklawy spotkać można ukryte głęboko w Wielkopolskich lasach niczym wioski Indian w Amazonii. Gorąco, jak na wrzesień to wręcz upalnie. W miejscowości Dębno przez Wartę przeprawiłem się promem. Jadąc przez Polskę czasem pękałem ze śmiechu czytając tablice z nazwami miejscowości. Wieczorem namiot rozbiłem w lesie pod Brąszewicami. Muszę szybko spać, bo jutro spory kawałek do przejechania, a chciałbym być w domu w miarę wcześnie.

Dzień 32 (11 września 2008)

Dystans: 172.38 km

Trasa: Brąszewice - Szczesie - Złoczew - Wielgie - Osjaków - Radoszowice - Siemkowice - Działoszyn - Zawady - Mokra - Kłobuck - Wręczyca - Blachownia - Nierada - Woźniki - Zendek - Przeczyce - Dąbrowa Górnicza

Relacja: Wczesna pobudka, szybkie pakowanie i szybka jazda w kierunku domu. Nie robiłem zbyt wielu przerw, średnia prędkość dość wysoka i w połowie dnia zorientowałem się, że mam całkiem niezły czas. Nie zwalniałem jednak, bo na niebie zaczęły się pojawiać ciężkie chmury. Miałem szczęście, że nie zmokłem. Dziś ostatni dzień podróży, smutno się jechało z tą świadomością. Rozkręciłem się i chętnie popedałowałbym gdzieś jeszcze. Na początku miałem pewne obawy, ale teraz już wiem, że chcieć to móc. Może za rok uda się zorganizować jeszcze ciekawszą ekspedycję. Chodzą mi po głowie pewne plany, ale na razie za wcześnie by cokolwiek pisać na ten temat.