pomoc | kontakt | współpraca

Mapa trasy

Tym razem czasu było niewiele (tylko 18 dni), ale udało się zwiedzić dość sporo Rumunii. Poniższa mapka obrazuje przejechaną trasę. Większość oczywiście rowerami, ale i koleje nas wspomagały. Osobiście nie jestem zwolennikiem jazdy pociągami na lokalnych trasach, bo to niewiele szybszy środek transportu od rowera, ale co zrobić jak terminy goniły.

Polska
374 km / 263 km
Ukraina
313 km / 140 km
Rumunia
1169 km
Węgry
78 km / 145 km
Słowacja
87 km / 145 km

Wstęp

Rumunia - nie wiedzieć czemu, ale często nazwa tego kraju kojarzona jest z biedą i zacofaniem, a nazwanie kogoś Rumunem jest obrazą. Tymczasem dzisiejsza Rumunia jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej (z czego sami Rumuni są bardzo dumni - tutaj się im dziwię), a poziom życia jej obywateli nie odbiega znacznie od poziomu polskiego. Na wsiach często nie ma dróg asfaltowych, zaprzęgi konne są wciąż bardzo popularnym środkiem transportu, a wodę czerpie się zazwyczaj ze studni, ale poza tym różnic jest niewiele. Ludzie są raczej gościnni, nieprzyjemne sytuacje mogą wystąpić jedynie w kontaktach z Cyganami, z którymi jest w Rumunii spory problem. Co ciekawe ceny podstawowych produktów są wysokie, często wyższe niż w Polsce. W sierpniu 2009 kurs RON czyli leja rumuńskiego w stosunku do złotówki był jak 1:1 co znacznie ułatwiało nam zakupy. Banknoty nie są papierowe tylko foliowe dzięki czemu nie musimy się obawiać o zniszczenie (po złożeniu na pół wracają do pierwotnego kształtu). Wybierając się do Rumunii nie trzeba się obawiać. Jest to bezpieczny kraj, może nawet bezpieczniejszy niż nasz ;) Niewielkim zagrożeniem mogą być niedźwiedzie zamieszkujące Karpackie lasy, trzeba uważać, gdzie rozstawia się namiot.

W ostatnich latach Rumunia stała się jednym z najpopularniejszych kierunków podróży rowerowych z Polski. Spotykając na trasie obładowanego rowerzystę można ze sporą szansą zrozumienia zacząć rozmowę używając naszego rodzimego języka polskiego. Rumunia posiada dobre warunki do odwiedzenia jej rowerem. Stosunek odległość/egzotyczność jest wysoce korzystny, a i atrakcji nie brakuje. Niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na bardzo dokładne zbadanie tego kraju, ale trzeba przyznać, że sporo atrakcji padło naszym łupem.

W ogromnym streszczeniu trasa naszej podróży wygląda następująco: Z Damianem i Bartkiem umówiliśmy się w Przemyślu, dotarcie tam rowerem zajęło mi 2 dni. Granicę z Ukrainą przekroczyliśmy w Medyce po czym kierowaliśmy się na południowy wschód. Ze względu na potworny upał i monotonną jazdę niskiej jakości głównymi drogami w kierunku Rumunii, 145 kilometrowy odcinek między Iwano-Frankowskiem a Czerniowcami skróciliśmy rosyjskim pociągiem. Następnie zachodnimi terenami historycznej Mołdawii, będącej obecnie integralną częścią Rumunii dostaliśmy się w Karpaty Wschodnie. Obowiązkowym punktem w tym rejonie był imponujący wąwóz Bicaz. Przebijanie się przez łańcuch górski poskutkowało znalezieniem się w Siedmiogrodzie, lub jak kto woli w Transylwanii. Kolejnym etapem było wyjechanie z ogromnej kotliny na południowe przedgórze Karpat Południowych. Zahaczyliśmy po drodze o piękny Braszów i zamek Drakuli w Bran. Fogarasze będące najwyższym pasmem górskim w Rumunii pokonaliśmy przy użyciu szosy transfogaraskiej wybudowanej między dwoma najwyższymi szczytami tych gór. Znowu znaleźliśmy się w Transylwanii. Do granicy z Węgrami przemieszczaliśmy się przez Góry Bihorskie i miasto Oradea. Na Węgrzech z Debreczyna do granicy ze Słowacją jechaliśmy trzema pociągami, a ze słowackich Koszyc do Starej Lubowni dwoma. Granicę polską przekroczyliśmy w Piwnicznej. W Piwnicznej wsiedliśmy w pociąg do Tarnowa, skąd każdy z nas odjechał w swoją stronę.

Dzień 1 (20 lipca 2009)

Dystans: 226 km

Trasa: Dąbrowa Górnicza - Chechło - Bydlin - Wolbrom - Miechów - Działoszyce - Czarnocin - Wiślica - Nowy Korczyn - Szczucin - Radomyśl Wielki - Przecław - Ropczyce

Relacja: Bagaż ograniczyłem do niezbędnego minimum w obawie o możliwe problemy z tylnym kołem, którego oczywiście nie serwisowałem przed wyjazdem. Wiem, że Ukraina, czy Rumunia to nie są kraje obfitujące w sklepy i serwisy rowerowe, więc jakikolwiek grubszy problem ze sprzętem mógłby znacznie pokrzyżować nasze plany. Z domu wyjechałem około 8:00, zabierając ze sobą polską banderę, która radośnie powiewała przytroczona do karimaty za moimi plecami. Zapowiadał się piękny dzień. Jechało mi się bardzo dobrze, zapas żywności zabrany z domu nie zmuszał mnie do marnowania czasu na zakupy po drodze, więc mknąłem szybko na wschód, by wieczorkiem rozbić namiot na polu w okolicach Ropczyc. 226km to sporo jak na tego typu jazdę, cieszę się, że mam zapas czasu i jutro pojadę bez nerwów. Tegoroczna plaga komarów daje się we znaki - niestety.

Dzień 2 (21 lipca 2009)

Dystans: 112 km

Trasa: Ropczyce - Sędziszów Małopolski - Iwierzyce - Nosówka - Rzeszów - Chmielnik - Grzegorzówka - Hucisko Jawornickie - Drohobyczka - Dubiecko - Ruszelczyce

Relacja: Rano obudził mnie ryk traktora orającego sąsiednie pole. Zwinąłem obóz i z niechęcią pojechałem w kierunku głównej drogi, którą musiałem niestety podjechać kilkanaście kilometrów, bo dzień wcześniej źle skręciłem. Czekała mnie bardzo miła niespodzianka, choć nazwanie tego w ten sposób jest czystym egoizmem. Mianowicie droga okazała się ogromnym parkingiem, a końca jego nie było widać. Do tego ciągnące się momentami remonty i wyszło na to, że samochody stały na jednym pasie w ogromnym korku, a ja świeżo wyremontowanym, jeszcze nie oddanym do użytku pasem jechałem niczym pan drogi. Kilka kilometrów dalej zdarzył się dość nieprzyjemny wypadek i wyjaśniło się skąd ten korek. Przecisnąłem się między wrakami pojazdów i dalej całkowicie pustym pasem pognałem na wschód. Później odbiłem na południe i do Rzeszowa wjechałem podrzędną drogą malowniczo położoną wśród niewielkich wzgórz. Nie byłem nigdy w Rzeszowie, ale teraz mogę potwierdzić opinie, że jest to nieduże, ale bardzo czyste, zadbane i przyjemne miasto. Za Rzeszowem zaczęły się pagórki, które mnie lekko zmęczyły. Wybrałem dłuższą, ale wyglądającą ciekawiej trasę do Przemyśla. Po jakimś czasie okazało się, że nie wiem gdzie jestem, a miejscowości na drogowskazach nie ma nawet na mojej dość dokładnej mapie. Pokierowany przez miejscowych (niby skrótem) wjechałem w las i przedzierałem się przez błotniste szlaki Pogórza Przemyskiego. Dalej czekała mnie przeprawa przez stromy grzbiet do sąsiedniej doliny, jednak znów szybko skończył się asfalt, a na kamienistym zjeździe pękła mi szprycha w tylnym kole. Pomyślałem „normalne”, przecież to już nie pierwszy raz takie rzeczy się z tym kołem dzieją. Ostrożnie pojechałem dalej, aby nie popękały inne aż dotarłem do okolic Przemyśla, gdzie rozbiłem namiot na niewielkim klifie 20 cm nad wodami Sanu.

Dzień 3 (22 lipca 2009)

Dystans: 116 km /

Trasa: Ruszelczyce - Krzywcza - Przemyśl - Medyka - Шегині - Волиця - Мостиська - Буховичі - Воля-Садківська - Викоти - Бісковичі

Relacja: Tego dnia miałem się spotkać z Damianem i Bartkiem, który do Przemyśla dojechali pociągiem. Miałem czas więc na spokojnie rano zrobiłem zakupy i zwiedziłem Przemyśl, w poszukiwaniu serwisu rowerowego. W tym miejscu chciałbym gorąco polecić serwis rowerowy przy ulicy 3 maja. Koło zrobione fachowo i bez owijania w bawełnę, do wymiany poszło 9 szprych, które po ściągnięciu kasety okazały się uszkodzone przez łańcuch. Dodatkowo zakupiłem zapasowe klocki hamulcowe i udałem się pod dworzec przywitać kolegów. Przyjechali planowo. Zakupiliśmy jeszcze w pobliskiej aptece preparaty na komary, bo było ich na prawdę o wiele za dużo i popędziliśmy w stronę przejścia granicznego w Medyce. Przy granicy zakupiliśmy Hrywny i Euro, po czym udaliśmy się w stronę przejścia dla pieszych. Kolejka była bardzo mała. Trzeba było jedynie wypełnić formularz, czyli wpisać kto, gdzie i jakim celu wjeżdża do Ukrainy, a później przecisnąć się z rowerem przez wąską bramkę zaprojektowaną bez uwzględnienia takich przypadków jak my. W przeciwnym kierunku podążał pierwszy sakwiarz jakiego spotkaliśmy podczas tego wyjazdu. Właśnie wracał z Bułgarii i Rumunii więc wysłuchaliśmy kilku jego rad. Wszyscy straszą, że Ukraina to biedny i niebezpieczny kraj, ale wcale nie jest tak źle. Może i biedniejszy od Polski i drogi gorsze, ale bez przesady. Drogi są bardzo złe jeśli chodzi o jazdę samochodem. Występują w nich ogromne dziury na kształt kraterów, chwila nieuwagi i koło urwane, dlatego na bardziej dziurawych odcinkach to my jechaliśmy slalomem środkiem drogi omijając nierówności, a kierowcy samochodów wyprzedzali nas szutrowym poboczem, w którym dziur było o wiele mniej. Można sobie wyobrazić ile kurzu to wzbijało w powietrze. Rzeki na Ukrainie nie są sztucznie regulowane, przez co stwarzają dobre warunki do rozbicia obozu. Dziś trafiła się rzeka ze stromym klifem z jednej strony, a z drugiej było ogromne pastwisko. Przeskoczyliśmy przez ogrodzenie, potem przenieśliśmy rowery na drugą stronę rzeki i rozbiliśmy się przy krzakach.

Dzień 4 (23 lipca 2009)

Dystans: 137 km

Trasa: Бісковичі - Самбір - Городище - Лішня - Дрогобич - Нове Село - Нежухів - Стрий - Станків - Болехів - Долина - Боднарів - Калуш - Вістова

Relacja: Wcześnie rano na pastwisko zostało wpuszczone bydło. Krowy zajęły się jedzeniem trawska, a byki zaciekawione podeszły. Pyski miały raczej otępiałe, ale z takim potworem lepiej poczynać ostrożnie. Jednak gdy zaczęły stąpać racicami przy naszych rowerach, lizać i gryźć gripy i siodełka, postanowiliśmy je odstraszyć i naszym szczęściem powoli się wycofały. Cały dzień żar lał się z nieba wyciskając z nas ostatnie poty. Późnym popołudniem dotarliśmy do niewielkiej wioski, przez którą przepływała dość spora rzeka stanowiąca lokalną atrakcję turystyczną. Odwiedziliśmy jeszcze sklep spożywczy, w którym połowę asortymentu stanowiły alkohole. Sklep jest miejscem spotkań okolicznych Ukraińców, jednak kultura picia wódki jest zupełnie inna niż u nas. Wódki nie przepija się słodkimi napojami, a zakąsza wędliną i pomidorem. Oczywiście ceremonia przygotowywania zakąski odbywa się na ladzie sklepowej, gdzie sprzedawczyni, lub klient kroi sobie zakupione towary na równe części i doprawia do smaku dużą ilością soli. My tradycyjnie zakupiliśmy po piwie (codziennie kupowaliśmy inne) i pojechaliśmy nad rzekę szukać miejsca pod namiot. Długo słuchaliśmy miejscowej muzyki, będącej wymieszaniem folkloru z disco polo, dobiegającej z niedalekiej imprezy.

Dzień 5 (24 lipca 2009)

Dystans: 65 km

Trasa: Вістова - Нова Гута - Івано-Франківськ, Чернівці - Коровія - Тарашани - Опришени

Relacja: Zapowiadał się kolejny okropnie upalny dzień. Postanowiliśmy dojechać do Iwano-Frankowska i odcinek do Czerniowiec podjechać pociągiem. Odwiedziliśmy jeszcze sklep ten sam co wczoraj, gdzie spotkaliśmy robotników zaopatrujących się przed pracą w ognistą wodę. Potem spotkaliśmy ich jeszcze raz na drodze (łatali dziury). W mieście znaleźliśmy dworzec, kupienie biletów nie było proste, bo pani w okienku twierdziła, że tym pociągiem nie da się przewieźć rowerów, ale w końcu sprzedała tanie jak barszcz bilety. Pod dworcem w ekskluzywnej restauracji (kawałek chodnika między dwoma budami), gdzie właścicielka zmywała właśnie rzygowiny jednego z klientów zjedliśmy po dwa hamburgery, po czym udaliśmy się na peron. Niebawem nadjechał pociąg relacji Moskwa - Czerniowce, do którego dziwnym zbiegiem okoliczności udało nam się wpakować. Była to tak zwana plackarta, czyli wagon, gdzie zamiast siedzeń są miejsca do leżenia. Czuliśmy się trochę niezręcznie przeciskając się z rowerami między leżącymi w białych pościelach pasażerami na drugi koniec wagonu, ale widać było po tych ludziach, że nie takie rzeczy widzieli. Od Czerniowiec pojechaliśmy rowerami w stronę Rumuńskiej granicy, ale nie przekraczaliśmy już jej tego dnia. Zatrzymaliśmy się nad niewielkim strumykiem. W wodzie było szkło i próba pokonania rzeczki przez Bartka skończył się dla jego nóg boleśnie. Sama woda z kolei była koloru jasnobrunatnego i płytka, co sprawiło, że kąpiel nie należała do przyjemnych.

Dzień 6 (25 lipca 2009)

Dystans: 107 km /

Trasa: Опришени - Стерче - Горбівці - Siret - Măriţeia Mică - Suceava - Buneşti - Fălticeni

Relacja: Przekraczając granicę Ukraińską powinniśmy przestawić zegarki o godzinę do przodu, jednak dla wygody posługiwaliśmy się czasem polskim. Kiedy my wstawaliśmy miejscowi już dawno byli na nogach. Rano przyszły do nas dzieci wypasające bydło zaciekawione niecodziennymi gośćmi niestety porozumieć z nimi się nie dało, mówiły dziwną mieszaniną ukraińskiego z rumuńskim. Udaliśmy się do wsi gdzie trafiliśmy na sklep „wielobranżowy”. Na półkach stały jakieś konserwy i kilka makaronów, obok lodówka z coca-colą, a po drugiej stronie lady chłodnicze, tylko, że zamiast wędlin wyłożone były w nich używane części do samochodów, maszyn rolniczych i inne dziwne przedmioty. Przed granicą zakupiliśmy jeszcze kwas chlebowy i kawior. Na przejściu nie było problemów. Rumuńską kontrolę mało brakło byśmy całkiem ominęli, ale w ostatniej chwili wyleciał celnik i z uśmiechem zapytał, czy przewozimy narkotyki. Zaprzeczyliśmy, również z uśmiechem, i popędziliśmy na południe w głąb Rumunii. W walutę zaopatrzyliśmy się w niewielkim miasteczku, gdzie do kantoru zaprowadzili nas Rumun i jego znajomy żółtoskóry Amerykanin przebywający tutaj w celach turystycznych. Po południu wjechaliśmy do Suczawy. Zrobiliśmy większe zapasy jedzenia w supermarkecie zbudowanym w starej fabryce - na prawdę ciekawe miejsce, a potem urządziliśmy piknik przy parkingu gdzie odbywały się zawody driftingowe. Nocowaliśmy w zaroślach nad rzeką Mołdawą.

Dzień 7 (26 lipca 2009)

Dystans: 125 km

Trasa: Fălticeni - Boroaia - Brusturi-Drăgăneşti - Târgu Neamt - Stânca - Dolheşti - Poaia Largului - Rugineşti - Bicaz - Taşca

Relacja: Dziś zaatakowaliśmy Karpaty Wschodnie, co ciekawe od wschodu. Trochę niewielkich podjazdów, ale zjazdów tyle samo więc sprawiedliwie. Po wczorajszej popołudniowo-wieczornej burzy temperatura trochę spadła, jazda była przyjemna. Dotarliśmy do niewielkiej wioski za miastem Bicaz położonej w głębokiej dolinie nieopodal Cheile Bicazului, gdzie z powodu niekorzystnego ukształtowania terenu postanowiliśmy zapytać mieszkańców o nocleg. Przy ulicy po drugiej stronie rzeki siedziały wiejskie babuszki, z którymi udało się Bartkowi nawiązać werbalne połączenie. Jedna z miłych pań zaproponowała ogródek przy budowie. Oczywiście przystaliśmy i rozbiliśmy się na miękkiej trawce. Kąpiąc się w strumieniu znów wzbudziliśmy zainteresowanie wśród miejscowych. Gdy szykując się do spania popijaliśmy piwko przyszedł do nas miejscowy gawędziarz w wieku lat bodajże 55. Jako, że trudno było się z nim porozumieć podszkoliliśmy go w języku polskim używając do tego rosyjskiego. Dobrnęliśmy nawet do tematów politycznych, gdy nasz nowy przyjaciel zapytał czy prezydentem Polski nadal jest Lech Wałęsa. Sprowadzony na właściwe tory krótko skwitował „male presidente”, ale nie jestem pewny, czy chodziło mu o rozmiar. Na koniec otrzymaliśmy zaproszenie na wódkę, ale z bólem serca odmówiliśmy. Trzeba rano być w dobrej kondycji.

Dzień 8 (27 lipca 2009)

Dystans: 116 km

Trasa: Taşca - Cheile Bicaz - Pasul Bicaz - Gheorgheni - Valea Strâmbă - Izvoru Mureşului - Săndominic - Racu - Miercurea Ciuc - Săncrăieni

Relacja: Z samego rana wjechaliśmy w wąwóz Bicaz, uchodzący za drugi pod względem głębokości w Europie. Trzeba przyznać, że wysokie na kilkaset metrów skalne ściany wiszące nad drogą robią wrażenie, ale spodziewaliśmy się, że będzie trochę dłuższy. W wąwozie fetyszyści mogą się zaopatrzyć w różnego rodzaju pamiątki, my ograniczyliśmy się do kartek pocztowych. Dalej czekała nas spora przełęcz a za nią zjazd do Georgheni. W mieście szybka naprawa sakwy Damiana. Kilka kilometrów dalej napotkaliśmy uroczą rodzinkę cyganów podróżujących furmanką. Na widok aparatu szybko zeskoczyli z wozu i podbiegli do nas jak się okazało w celach rozbojowych. Udało nam się szybko uciec, a jedynymi stratami jakie ponieśliśmy była skradziona butelka wody mineralnej i pusta puszka po pasztecie. Od tego momentu unikaliśmy bezpośrednich konfrontacji z tym egzotycznym ludem. Kolejnym miastem na naszej drodze była Miercurea Ciuc, gdzie zaopatrzyliśmy się w pożywienie i gdzie znów opędzaliśmy się od natarczywej cyganki próbującej wydębić coś „na dziecko”. Cały region jest bardo zcyganicowany. Lokalne władze w walce z pasożytem wydają się ograniczać jedynie do stawiania znaków „zakaz wjazdu furmankom”. Wieczorem rzeczka z mapy okazała się w rzeczywistości ściekiem - o kąpieli nie było mowy, a komary lubią spocone ciało, masakra.

Dzień 9 (28 lipca 2009)

Dystans: 130 km

Trasa: Sâncrăieni - Sânsimion - Tuşnad - Băile Tuşnad - Malnaş - Olteni - Sfântu Gheorghe - Chichis - Hărman - Braşov - Poiana Braşov - Râşnov

Relacja: Dalej podążamy na południe. Niebawem napotykamy nietypowy zajazd, a właściwie miejsce do organizowania pikników z ogromnym grzybem w jego centrum, z którego spadała płynąca gdzieś z górskich źródeł woda. Szybka kąpiel, pranie i dalej w drogę. Braszów był coraz bliżej. Na przedmieściach, gdzie zwykła drugorzędna droga zamieniła się w trzypasmówkę zjechaliśmy na pobliskie pastwisko na obiad w cieniu, którego nam bardzo nam brakowało. Stada owiec pilnował pastuch i jego pies. Kiedy przeganiał stado obok nas Bartek rzucił psu trochę kiełbasy po czym owce przestały go interesować, wolał pilnować naszego jedzenia. Braszów jest sporym miastem położonym u podnóży gór. Na wysokim wzniesieniu górującym nad starówką umieszczono napis „Brasov” na styl słynnego „Hollywood” znajdującego się w Los Angeles. Sama zaś starówka posiada niepowtarzalny klimat podnoszący walory turystyczne miasta. Przy jednej z uliczek kupowaliśmy kartki pocztowe, gdy podszedł starszy pan w stroju rzeźnika i kulawym językiem polskim zaczął opowiadać, że pracował kiedyś w Polsce. W ogóle sporo ludzi związanych z Polską do nas zagaduje, bo wiozę niewielką polską banderę za plecami. Wyjazd z miasta był katorgą, ale widoki wynagrodziły trud. Po drugiej stronie przełęczy szybki zjazd, a na dole niespodzianka. Ogromny zamek na zboczu góry z której właśnie zjechaliśmy a tuż pod nim bliźniaczy do braszowskiego napis „Rasnov”. Wieczorkiem namioty rozbiliśmy za krzakami na łące przy rzece więc komfort zapewniony.

Dzień 10 (29 lipca 2009)

Dystans: 84 km

Trasa: Râşnov - Tohanu Nou - Bran - Pasul - Giuvala - Podu Dâmboviţei - Rucăr - Dragoslavele - Valea Mare-Pravăt - Câmpulung - Schitu Goleşti - Berevoeşti

Relacja: Rano udaliśmy się zwiedzać zamek w Branie, który uchodzi za siedzibę Vlada Draculi. Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Rumunii więc trzeba się liczyć z kolejką przy bramie wejściowej i tłumami w środku. Jednym słowem komercja na całego, a co drugi turysta to Polak – komu to nie przeszkadza to polecam, bo zamek sam w sobie jest ładny. Dużo pedałowania pod górę tego dnia. Momentami ciśnienie podnosiły watahy wygłodniałych bezpańskich i sądząc po pyskach wściekłych psów. Podczas postoju przy sklepie w miasteczku Câmpulung mogliśmy obserwować jak przez środek dużego skrzyżowania ze światłami wolnym krokiem, między ciężarówkami maszerują, jedna za drugą, krowy. Chwilę później przez skrzyżowanie przelał się konwój trzech cygańskich wozów. Mieliśmy trudności ze znalezieniem satysfakcjonującej miejscówki do rozbicia obozowiska i zdecydowaliśmy się na ogrodzone niewielkie poletko. Zaraz po rozbiciu namiotów zobaczyli nas przechodzący nieopodal rolnicy i chyba im się nie spodobaliśmy bo zaczęli krzyczeć i machać kosą. Bartek z Damianem poszli do nich negocjować. Gdy zobaczyli z bliska dziwnie ubranych obcokrajowców spuścili z tonu. Podejrzewam, że wzięli nas za cyganów, stąd ta cała awantura.

Dzień 11 (30 lipca 2009)

Dystans: 69 km

Trasa: Berevoeşti - Slănic - Domneşti - Robaia - Valea Iaşului - Curtea de Argeş - Albeştii de Argeş - Căpătânenii Pământeni

Relacja: Od samego rana podjazd 8% i zjazd 8%, podjazd 8% i zjazd 8% i tak przez kilkadziesiąt kilometrów. Jechaliśmy wzdłuż pasma Karpat Południowych prostopadle przecinając dolinki stąd te przewyższenia. Po południu w jednej z wiosek zastaliśmy otwartą pocztę. Budynek był nieciekawy (dla normalnego człowieka), a samo pomieszczenie, w którym urzędowała pani pocztowa wyglądało jak obskurna piwnica, nawet okien nie było. Na środku stało biurko, zza którego przez kilkanaście minut przemiła pani próbowała nam wytłumaczyć, że znaczków wystarczy tylko na jedną kartkę. Byłem pierwszy w kolejce i wysyłałem tylko jedną kartkę, więc miałem szczęście. Oderwała pięć, polizała, przykleiła, bachnęła kilka stępli i w tym momencie przypomniałem sobie, że przydałoby się jeszcze wypisać tę kartkę. Naskrobałem tam coś ledwo piszącym długopisem i oddałem niepewnie. O dziwo doszła, i to w przeciągu kilku dni. Jakiś czas później podjeżdżaliśmy już słynną szosą transfogaraską. Mieliśmy zamiar podjechać do jeziora Vidraru, ale przy przydrożnym campingu zatrzymał nas miejscowy rowerzysta, który właśnie dzisiaj stamtąd wracał i przekonał nas, że jest to ostatnie bezpieczne miejsce do nocowania. Dalej nie ma już wiosek, a rozbijanie namiotu w lesie jest niebezpieczne z powodu grasujących w tym rejonie niedźwiedzi. Mimo wczesnej pory zdecydowaliśmy więc zostać.

Dzień 12 (31 lipca 2009)

Dystans: 99 km

Trasa: Căpătânenii Pământeni - Transfăgărăşan - Cârţişoara

Relacja: Przez wielu rowerzystów, szosa transfogaraska, uważana jest za jedną z największych atrakcji turystycznych Rumunii - punkt obowiązkowy na trasie podróży. Trzeba im przyznać, że droga robi wrażenie. Zbudowana z ogromnym rozmachem szosa przecina najwyższe pasmo górskie Rumunii między dwoma najwyższymi jego szczytami osiągając 2034 m n.p.m. Na trasie znajduje się również najdłuższy w Rumunii tunel, choć jego długość to zaledwie 800 metrów. Tunel jest nieoświetlony - należy się więc uzbroić w oświetlenie przed wjazdem. Serpentyny po północnej stronie nie powstydziły by się ustawione w rankingu razem z wieloma alpejskimi. Był piątek. U północnych podnóży Fogaraszy odbywał się ogólnokrajowy zlot rowerzystów, forumowiczów rumuńskiego portalu www.ciclism.ro. Rozbiliśmy swoje namioty na polu wśród innych namiotów, a po chwili zatrzepotała nad polem przyczepiona do tropiku polska bandera.

Dzień 13 (1 sierpnia 2009)

Dystans: 116 km

Trasa: Cârţişoara - Scoreiu - Porumbacu de Jos - Avrig - Bradu - Şelimbăr - Sibiu - Şura Mare - Slimnic - Seica Mare

Relacja: Rano pojechaliśmy główną drogą do Sibiu. Sibiu jest urokliwym miastem, zadbanym i atrakcyjnym turystycznie. Zaskoczyła nas "niemieckość" miasta. Okazuje się, że już coraz mniej, ale jeszcze nie tak dawno sporą część populacji stanowili Niemcy i Austriacy za sprawą Austro-Węgier, których terytorium rozciągało się na tutejszych ziemiach do 1914 roku. Złapany na rynku kapeć pozwolił nam na chwilę odpoczynku w parku przy kościele, gdzie zjedliśmy obfity posiłek sponsorowany przez niemiecką rodzinę (dziadek z pochodzenia Wrocławianin). Nie długo po wyjeździe z miasta napotkaliśmy kolejnych Niemców, tym razem sakwiarzy, z którymi jechaliśmy razem przez jakiś czas łapiąc po drodze drugiego kapcia. Nocleg był planowany nad dość sporą rzeką, po dotarciu do której znaleźliśmy się na placu budowy. Most był już wybudowany, ale nadal trwały prace w korycie rzeki. Miklasz - stróż pilnujący maszyn w weekendy zaproponował nam nocleg przy swojej kanciapie. Nie protestowaliśmy, chociaż jego gościnność przerosła nasze oczekiwania. Przyniósł nam zimną zupę pomidorową ugotowaną przez jego żonę, a w rzece umył Bartkowi plecy ;) Opowiadał też o Polakach pracujących tutaj na budowie, co dowiódł w kółko powtarzając "k... mać" - chyba nie rozumiejąc znaczenia ;)

Dzień 14 (2 sierpnia 2009)

Dystans: 134 km

Trasa: Seica Mare - Tapu - Lunca - Valea Lungă - Blaj - Crăciunetu de Jos - Teiuş - Cricău - Şard - Meteş - Zlatna - Budeni - Abrud - Cărpeniş

Relacja: Dalsza droga i grzejące słońce szybko nas odwadniały. Przydrożne krany nie chciały dawać wody. Zostaliśmy poratowani wodą z przydomowej studni przez miłą panią, która zaprosiła nas również na kawę. Rozmowa z nią była trudna, kartka i długopis niewiele pomagały, twierdziła, że za chwilę wróci jej syn, który się uczy angielskiego. Zaczekaliśmy. Miała rację, wrócił, ale nie okazał się rozmowny, bo w szkole nauczyli go tylko francuskiego. Cały region był ubogi w wodociągi, natomiast gazociągi dumnie sterczały pobudowane nad ziemią przy ulicach. Być może służą jednocześnie za barierki ;) W niedużym mieście, którego nazwy sobie w tym momencie nie przypominam za sprawą bandery zostaliśmy zaczepieni przez polskich turystów podróżujących po Rumunii stopem i grających z miejscowymi cyganami na przywiezionych instrumentach. Wspólny obiad na zdewastowanym placu zabaw, pamiątkowe zdjęcie i dalej w drogę. Wieczorem mieliśmy problem ze znalezieniem przystępnego miejsca pod namioty. Jedna pani twierdziła, że to nie jej łąka, trochę dalej rodzina mieszkająca w ruinie nad rzeką bardzo chętnie chciała nas ugościć, ale po ich twarzach widzieliśmy, że byłoby to ryzkowne ;) Następny był dziadek, który odesłał nas do tzw. Centrum Sportu. Tamże się udaliśmy. Człowiek określający się mianem "cleaning man" nie miał nic przeciwko rozbiciu namiotów przy boisku, gdzie jeszcze przez jakiś czas trwał mecz. Mimo, że było to ładne boisko, oświetlone, ze sztuczną murawą wody do umycia nie uraczyliśmy. Strumień w dolinie był skażony - "cleaning man" twierdził, że "water is toxic". Zaprowadził więc nas do kanału przed bramą Centrum, gdzie ponoć spływała czysta woda z gór. Ciekawostką jest w ogóle fakt, że to całe Centrum Sportu zostało ufundowane w ramach rekompensaty przez spółkę prowadzącą wydobycie w pobliskiej kopalni złota powodującej zanieczyszczenie wody. Wieczorem dostaliśmy od "cleaning man'a" butelkę miejscowego (taniego) wina.

Dzień 15 (3 sierpnia 2009)

Dystans: 128 km

Trasa: Cărpeniş - Câmpeni - Vadu Moţilor - Scărişoara - Faţa Lăpuşului - Pasul Vârtop - Nucet - Ştei - Beiuş - Pocola

Relacja: Dopiliśmy wino, a nasz wspaniały gospodarz poczęstował nas po śniadaniu kawą z cukrem! Tego dnia dane nam było pożegnać się z górami. Dokonaliśmy tego dość gwałtownie. Podjazd na pasul Vârtop (1160 m n.p.m.) był bardzo krótki, natomiast zjazd z drugiej strony ciągnął się kilometrami. Dopiero na dole zrozumieliśmy francuzów finiszujących wcześniej na przełęczy z jęzorami wywieszonymi do kolan. Dalsza droga była prosta i przyjemna, choć było wyraźnie cieplej. Właściwie panował solidny upał - termometr przy aptece wskazywał 34,5 st. Celsjusza. Widać było, że w regionie dawno nie padało. Susza dała o sobie znać wypasającym się na równinach zwierzętom. Podczas poszukiwań przyjaznej łąki pod namioty utknęliśmy w krowim korku. Wieczorem pasterz poganiał krowy z pastwiska do domów. Szły w zwartej grupie, a co jakiś czas jedna skręcała do bramy gdzie czekał na nią gospodarz. Spanie na pastwisku bardzo wygodne, tym razem byki nas nie przywitały.

Dzień 16 (4 sierpnia 2009)

Dystans: 133 km /

Trasa: Pocola - Răbagăni - Sâmbăta - Ceica - Drăgeşti - Hindişelu de Jos - Băile Felix - Oradea - Borş - Biharkeresztes - Nagykereki - Kismarja - Pocsaj

Relacja: Zmierzaliśmy do Oradea ponieważ ktoś gdzieś w głębi kraju skutecznie zniechęcił nas do trasy przez Arad. Oradea jednak też dużego wrażenia nie robi. Kupiliśmy sobie arbuza za bezcen i spałaszowaliśmy go na ławce przed ogromniastym obdrapanym hotelem z poprzedniej epoki. Tutaj jest już płasko jak w Holandii, jedzie się szybko, ale czegoś jednak brakuje. Na granicy z Węgrami celnik ujrzawszy polską banderę tylko zapytał: "Polska?". Otrzymał odpowiedź którą i tak znał, nakazał jechać bez sprawdzania dokumentów. W końcu Rumunia też już jakiś czas do UE należy, z czego Rumunii są bardzo dumni, choć ja nie widzę w tym nic pozytywnego. Unia to przecież samo zło, ale... nie o tym jest ta relacja ;) W stronę Debreczyna jechaliśmy drogą, którą jechać nie mogliśmy. Na Węgrzech same zakazy jazdy rowerem! Obyło się jednak bez mandatu, ale za to dętka mi się znowu przedziurawiła. Okazało się, że zakupione w Przemyślu łatki do opon - tak, opon, były powleczone żrącym klejem, który dobrze przywarł do opony od środka, ale jego resztki rozpuściły gumę dętki! Od razu łatka została wymieniona na reklamówkę ;) Wieczorem szukając jeziora znaleźliśmy camping wynajęty przez grupę Węgrów. Udostępnili nam ściółkę w lesie i łazienkę, gdzie po raz pierwszy od 16 dni mogliśmy poczuć na skórze ciepłą wodę z rurociągu.

Dzień 17 (5 sierpnia 2009)

Dystans: 57 km /

Trasa: Pocsaj - Hosszupályi - Debrecen, Sátoraljaújhely - Slovenské Nové Mesto - Čerhov - Luhyňa - Kazimír - Kuzmice

Relacja: Wykorzystując gościnność Węgrów zrobiliśmy pranie i pojechaliśmy do Debreczyna. Z uwagi na ograniczony czas (Bartek zaczynał od poniedziałku nową pracę, a musiał się jeszcze przeprowadzić do Wrocławia) wracaliśmy z Debreczyna pociągami. Bilet strasznie drogi, bo 3000 forintów (niecałe 50 zł na ten czas) w tym 600 za sam rower to dużo jak za 145 km. Za porównywalny (chyba nawet identyczny odcinek) na Ukrainie płaciliśmy około 8 zł! Jechaliśmy z dwoma przesiadkami (w Nyíregyháza i Szerencs) do Sátoraljaújhely przy granicy ze Słowacją. Widoki z okien pociągu bardzo ciekawe: spowite we mgle niewielkie wzgórza porośnięte winoroślami w okolicach Tokaj'u. Granicę przekroczyliśmy rowerami jednak okazało się, że z miejscowości Slovenské Nové Mesto pociągi nie odjeżdżają często, a ostatni już odjechał. Na dodatek nikt nie raczył zainwestować w kantor przy granicy, a bez Euro ani rusz. Mieliśmy jakieś resztki waluty z poprzednich eskapad więc na piwo starczyło. Pojechaliśmy rowerami w stronę Koszyc. Nocleg na wysokim ściernisku za rzeką.

Dzień 18 (6 sierpnia 2009)

Dystans: 66 km /

Trasa: Kuzmice - Slanec - Bohdanovce - Košice, Stará Ľubovňa - Mníšek nad Popradom - Piwniczna Zdrój, Dąbrowa Górnicza

Relacja: Ostatni dzień podróży, chociaż rano byliśmy jeszcze pewni, że przedostatni. Byliśmy niedaleko Koszyc. Wjechaliśmy do miasta i odszukaliśmy dworzec. Pociąg odjeżdżał za jakiś czas, więc szybkie zwiedzenie miasta było możliwe. Klika zdjęć w zabytkowej części udało się pstryknąć. Miasto ładne, warto zahaczyć. Pociągiem dojechaliśmy do Popradu, następnie spalinowym szynolotem do Starej Lubowni. Granica Polski była za górami. W pociągu chłopaki zrobili mi dowcip przekręcając polską banderę kolorem czerwonym do góry za co kraj się zemścił rzęsistymi opadami deszczu tuż za granicą. Piwniczna, dworzec PKP - to był nasz lokalny cel. Po dotarciu z niedowierzaniem patrzymy na rozkład: ostatni pociąg odjeżdża za 10 min ;) Załadowaliśmy się więc w niego i pojechaliśmy do Tarnowa. W Tarnowie też mieliśmy szczęście w przeciągu kilku godzin odjeżdżały wszystkie 3 interesujące nas pociągi do naszych miast. Spożyliśmy ostatnią wieczerzę - zupka chińska na peronie. I rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Tak skończyła się ta przygoda. Jest spisana dość dokładnie więc my o niej nie zapomnimy, a jeśli ktoś oprócz nas dotarł do tego miejsca i się nie zanudził - gratuluję ;)